
Źródło: użytkownik
Wczoraj przed położeniem się spać nagle sczaiłem, że został mi rok do matury. Świetnie kurwa. Odkryłem ostatnio, jak mało czasu ma uczeń liceum na ogarnięcie materiału do matury. A raczej jak nieudolny jest ten system nauczania.
Po pierwsze: przeładowany program. Tego jest po prostu za dużo, więc nauczyciele albo zapierdalają na szybkiego z materiałem i niewiele z tego zostaje w głowie, albo brną powolutku nudząc i ledwo wyrabiając się przed końcem III klasy.
Po drugie: tracenie czasu na niektórych lekcjach. Zdaję na maturze WoS na poziomie rozszerzonym, a mam tylko JEDNĄ godzinę w tygodniu! Muszę zostawać we wtorki na ósmej lekcyjnej oraz jeździć w soboty na dodatkowe godziny, a to i tak jest mało. Zamiast tego w tygodniu szkolnym mam jakieś biologie, chemie, fizyki. Oczywiście, te przedmioty też muszą być i bynajmniej nie popieram tej nadchodzącej reformy, która liceum ogólnokształcące zamieni na kurs do matury, ale… gdyby te poboczne przedmioty były nauczane w ogarnięty, konkretny sposób. Ale to jest jakaś farsa. Materiału z nauk przyrodniczych i ścisłych (poza matematyką) w zakresie podstawowym jest raczej mało. Nauczyciele mogliby się ogarnąć, przyspieszyć tempo na lekcjach albo w ogóle prowadzić je inaczej niż 3/4 lekcji dyktować jakieś notatki do zeszytu. Te lekcje to pierdolona strata czasu, bo chuja się nauczysz pisząc ze słuchu dwustronicową notatkę w zeszycie. Potem jeszcze jeden sprawdzian na semestr i w sumie nic nie zostało w głowie, a kilkadziesiąt godzin zmarnowane.
A teraz tak ponarzekam trochę bez wskazywania konkretnego winowajcy. Został mi rok.
Historia. Nasza nauczycielka historii i WoSu zarazem jest w sumie dość ogarnięta, ale i tak zastanawiam się, kiedy będę powtarzał całą historię. Po prostu nie ma na to czasu. W tygodniu roboczym wracam ze szkoły, godzinka przed komputerem, potem lekcje i uczenie się do bieżących kartkówek, no i dnia nie ma. W weekendy jeszcze gorzej, bo połowa soboty idzie na te dodatkowe zajęcia i powrót z nich (2,5 h czekam na autobus!), a resztę dnia trzeba przeznaczyć na uczenie się do sprawdzianów i komputer. W niedzielę pośpię do 10-11, potem muszę iść do kościółka, żeby uniknąć gniewu rodzicielki, i jak wrócę i zjem obiad to jest 14. Znowu pół dnia zabrało niewiadomo gdzie. Wakacje? W wakacje z kolei muszę pomagać Staremu. Ten jebaniec za najważniejszy element mojej edukacji uważa nie wchłanianie materiału do matury, ale PRACĘ FIZYCZNĄ. Ciekawe na jaki chuj mi tyle pracować fizycznie. Czego ma mnie nauczyć rąbanie drewna siekierą, sprzątanie liści czy wynoszenie popiołu. Jak nie pomagam Staremu to z kolei chciałbym trochę posiedzieć przed kompem. Albo spotkać się z kolegami. Albo książki poczytać.
WoS. Tutaj niby materiału jest niezbyt dużo, ale przeraża mnie praca pisemna. 20 punktów to nie byle co. Dostanę zjebany temat i wynik z matury może znaczenie spaść.
Angielski rozszerzony. Mieszkam na wsi i jestem biedny, więc na dodatkowe zajęcia czy korepetycje nie mam co liczyć. Najlepsze jednak jest to, że jak będzie część ustna, to ze stresu zapomnę połowy słownictwa no i fatalnie zaprezentuję się przed komisją, mamrocząc cichym, przestraszonym głosem kolejne wyrazy.
Polski. W sumie lubię ten przedmiot i od zawsze chciałem go zdawać na rozszerzeniu, ale ostatnio zwątpiłem w to. Tu największym wyzwaniem będzie zapewne wstrzelenie się w klucz. Na egzaminie gimnazjalnym na 15 punktów możliwych do zdobycia za rozprawkę, zdobyłem 7. Dodam tylko, że zawsze dostawałem za rozprawki 4+ lub 5.
No i faworyt: matma. Kuuuurwa. Najgorsze w matematyce jest to, że jej nauka to budowanie wielkiego gmachu, i jeżeli masz jakieś zaległości u podstaw i czegoś zapomniałeś, to cały budynek może się zawalić. Sęk w tym, że ciężko takie ukryte wady i niebezpieczeństwa wykryć, a jak już wykryjesz, to często… nie ma gdzie zajrzeć, żeby sobie to przypomnieć. Np. ja zapomniałem ile to jest sin 120 stopni i teraz to rzuca cień na moje rozumienie planimterii, i muszę się cofnąć do książki z pierwszej klasy. Poza tym, nie mam głowy do tego. Na myśl o jebaniu dziesiątek zadań robi mi się niedobrze. Zrobię najwyżej parę testów. Pamiętam, że na gimnazjalnym za wykorzystanie wiedzy matematycznej w praktyce zdobyłem 3/8 pkt. Czyli jestem chyba debilem. Kurwa, znam podstawy matematyki. Umiem przeliczyć pieniądze w sklepie, obliczyć procent, ułożyć proste równanie, znam twierdzenie Pitagorasa. Nigdy nie użyję w dorosłym życiu równania kwadratowego, nie będę rozkładał wielomianów na czynniki ani udowadniał, że jeżeli kąt alfa = 60 to odcinek BM jest równy MN. A przez takie rzeczy mogę zdobyć z podstawy 50 % i wstyd nie będzie tu bynajmniej największym problemem.
Nie uczestniczę w żadnych aktywnościach pozaszkolnych, nie mam zbyt rozbudowanego życia towarzyskiego, nic. A i tak praktycznie jedyny czas, kiedy mogę się pouczyć do matury, to wakacje. A i wtedy muszę męczyć się z takimi głupotami… muszę planować, kiedy skorzystam z komputera, i to tak, aby mój brat też zdążył skorzystać. Pamiętacie, że wolno mi grać tylko 2 razy dziennie po 2 godziny? Braciszek tak samo, więc np. wstaję rano i kminię tak: od 11 do 13 pogram sobie, potem muszę mu oddać, potem jak on skończy (14-16), to zaraz MUSZĘ siadać ja (16-18), żeby po mnie jeszcze on zdążył przed 21 znów 2 godzinki wyrobić (18-20). Obłęd, a wszystko przez te głupie limity nałożone przez moich Starych. Chyba będę musiał zrezygnować z tego chorego systemu i będę używał kompa raz rano i raz na sam wieczór, żeby chociaż w środku dnia mieć parę wolnych godzin do rozdysponowania.
Gdyby chociaż moje życie osobiste było ogarnięte. Ale gdzie tam. W ostatnim miesiącu zaliczyłem epizod depresyjny z myślami samobójczymi i dojmującym poczuciem pustki. Po świętach zaczynam psychoterapię. Razem z psychologiem i ojcem próbujemy jakoś ogarnąć domowe konflikty. Wciąż nie mam jebanych ubrań. W spodniach rozpierdolił mi się zamek błyskawiczny. Czy to kogoś obchodzi? Dalej muszę w nich chodzić i co chwila podciągać w górę rozjeżdżające się brzegi zamka. Drugie spodnie niedługo pękną, a gdy siadam, to nogawki podjeżdżają powyżej kostek. Mam 3 bluzy, jedną koszulę i granatowy sweter. Gdy pojawia się okazja w stylu “Ubierzcie się ładnie, ale nie w garnitur”, to zwyczajnie nie mam czego na siebie założyć. A propos garnituru, to Starzy kupili mi go w 3 gimnazjum przed egzaminem i nie wiem, czy w ogóle mają zamiar kupić mi kolejny przed studniówką czy też maturą. A przecież marynarka już za ciasna, rękawy koszuli wystają na parę centymetrów, spodnie też uwierają… Własnych pieniędzy mam 50 złotych na miesiąc, więc o kupowaniu ubrań na własną rękę nie ma nawet co wspominać. Przez pierwszą i drugą klasę niestety trochę urosłem… poza tym jestem niewymiarowy – mam krótkie ręce po moim Starym, nogi dłuższe od tułowia, duży łeb, wielkie dłonie a chude ręce…
Dalej mam śmieszne wyniki. Wzrost 174, masa 55 kg. Może coś doradzicie, wykurwowe koksy?
Tylko od razu mówię, że o siłowni nie ma co marzyć, ale mam hantle 4 kg. No i mogę pompki robić, w I kl. robiłem po 50-60 dziennie, teraz mi się znudziło. Tylko wpierdalam dużo mięsa.
Do tego od roku zakochałem się w dziewczynie, która raz że mało do mnie pasuje, dwa że mnie czasami po prostu wkurwia, to jeszcze niespecjalnie się mną interesuje.
I to tyle na razie. Dawno mnie tu nie było. Tylko proszę bez jakichś ogólnikowych rad. Najlepiej w ogóle bez rad; chyba że na temat zwiększania masy i mięśni domowymi sposobami, albo na temat zarządzania czasem.