Archiwa | Poważne

Myśli…

Źródło: www.google.com/images

Ostatnio potrzebuję ludzkiego wsparcia. Myśli samobójcze mam ciągle. Matka mnie wyzywa od szmat. Kolega gada ze mną o życiu. Mówi, żebym poszła do psychiatry. Nie wiem, może jestem przewrażliwiona? Ale czy tak ma wyglądać rodzina? Wiecznie tylko przeklinanie, papierosy, udawanie religijnego w kościele, lęk, że nikogo nie będzie w domu, jedno krytykuje drugiego, podważają swoje autorytety. Jaka będzie moja przyszłość, jak będzie wyglądać moje życie? Co mam zrobić? Where are you, God?

Za każdym razem kiedy już w moim życiu coś się prostuje, znów wraca rozpacz i tęsknota za rozmową, czułością i zrozumieniem.
Mam ferie, jest czwartek, 13 po południu. Siedzę na łóżku i wyję. Mam dość fałszywych ludzi, którzy udają, że jest OK. Od płaczu boli mnie głowa. Na dworze mróz, słońce czasem wleje swoje promienie do pokoju. Choinka rozebrana, ale stoi. “Nie ma czasu, nie ma czasu”. Zmarła Szymborska.
Niedługo walentynki. Nigdy nie tańczyłam z chłopakiem, nigdy nie dostałam kwiatka. Tak się rodzą feministki.
Miłości nie ma. Jest tylko zauroczenie. A później jest siedzenie na dupie, psioczenie na siebie i oglądanie seriali.

Robię tragedię z mojej tragedii.

Podobno tragedia w rodzinie jest wtedy, kiedy ktoś umrze. A więc ja umieram. Z każdym dniem. Spalam się.
Jestem no-lifem, spędzam czas przed komputerem, marnuję życie czekając aż ktoś kto mnie kiedyś wspierał napisze i spyta jak moje samopoczucie?
Ale widocznie życie nie jest bajką, a ja żyję w wirtualnym świecie nierzeczywistych ludzi i pragnień. Kto mnie stąd wyciągnie?

Kategorie: Kumulacja, Nowe, Poważne, Pozostałe15 Komentarzy

Co ze mną nie tak? Mężczyźni..

Źródło: www.google.com/images

Cześć wszystkim..Moja frustracja i samotność osiągnęły dziś punkt kulminacyjny.

Przypadkiem znalazłam tą stronkę, ale przyznam,że bardzo mi się spodobała. Ogólnie przeczytalam tu wiele postów o tym jak to faceci najeżdzają na baby – jakie to one są puszczalskie, a baby na facetów – to chuje i myślą tylko chujami..Ok też tak czasem mówię i nawet myślę jak jestem zła i to wszystko pod wpływem emocji. Poniekąd jest w tym dużo prawdy, większość ludzi to zwykłe gałgany, które mają w głowie gówno. Nawiązując do tamtych postów-mianowicie pod nimi wiele ludzi zaskoczyło mnie(pozytywnie) swoimi komentarzami.

A jednak okazuje się,że są faceci “normalni”, z uczuciami,którzy szukają “tej jedynej” i chcą ją obdarzyć uczuciem. Ja tak się zastanawiam właśnie jak to jest? gdzie wy do cholery jesteście? tu? na tej stronce? eh..Jestem normalną dziewczyną, szanuję się, jestem otwarta, spontaniczna, miła, sympatyczna, szczera, zawsze mówię to co myślę, mam perspektywy na przyszłość, jestem inteligentna i na powodzenie też nie narzekam. Wiadomo,że faceci są wzrokowcami. Ja podobno jestem ładna, sama też mogę to stwierdzić mimo,że raczej jestem osobą skromną.Nigdy się nie wywyższam, bardzo lubię pomagać innym i w ogóle jak to ktoś kiedys powiedział ” jestem złotą dziewczyną” tylko jest jeden problem.

Powiedzcie mi dlaczego moje powodzenie skupia się tylko na osobach,które naprawde myślą kutasem, albo na idiotach którzy są strasznie niezdecydowani? naprawdę ja nie maluje się mocno. Używam tylko tuszu do rzęs, by podkreślić to co mam ładne-oczy. Poza tym staram się być naturalna, bo jesli przyjdzie co do czego, to chcę aby facet zakochał się we mnie, a nie w mojej masce..Poza tym nie chciałabym, żeby się rozczarował, kiedy zobaczyłby mnie kiedykolwiek bez makijażu, czyż nie mam racji? Ogólnie jak wiele razy faceci opisywali mi swoje “wymarzone” kobiety, to jestem osobą która spełnia praktycznie zawsze te cechy,które oni wymienili. Wiele razy słyszałam od przyjaciół czy kolegów ” wiesz co? chciałbym mieć taką dziewczynę jaką jesteś Ty” ale dlaczego nie ja? no nie rozumiem tego?

W ogóle ostatnio powiedziałam sobie,że bede miała wyjebane na związki i chce się bawić, ale szczerze mówiąc nie umiem tak. Doskwiera mi samotność i nawet jak chwilę się pobawie gdzies na imprezie i zapomnę na trochę to potem itak to wraca. Zawsze byłam taką dziewczyną potrzebującą ciepła, monogamistką,która liczyła,że spotka kogoś komu będzie mogła zaufać, z kim bedzie dobrze się czuła i komu będzie mogłą się oddać w 100%. Juz nie raz się przejechałam, nawet jak chłopak się wydawał taki cudowny, zapoznał mnie z całą swoją rodziną, cieszył się, ze wszyscy mnie tam tak pokochali to okazał się zwykłym chujem i spotykał się z inną na boku..Potem się okazało, ze był ze mną a ją zapraszał do domu..I dowiedziałam się o tym od jego mamy. I wiecie co jest najlepsze? Kiedy rozmawialam z jego mamą powiedziała mi ” Wiesz co, chyba byłas dla niego za dobra? no kurwa nie ogarniam was faceci..On Teraz strasznie tego załuje i powiedział mi jaki to on był głupi.

Nie ogarniam tego, każdy narzeka, że same głupie cipy dookoła,że brzydkie, że kilo tapety na ryju, a ja nadal nie mam powodzenia u tych normalnych wartościowych, prawdziwych facetów. Moja mama też miała całe życie problem, mimo że jest śliczną kobietą, inteligentną. Wielu moich znajomych nie raz się zachwycało nią, a w szkole jak przychodziła to każda koleżanka ” o kurde ale masz ładną mamę” i co z tego? chyba to fatum przeszło na mnie :/ ..Chcialam dodać, że jestem schludną dziewczyną, lubię ładnie pachnieć, ubieram się też w miarę elegancko i modnie. Mam niby 18lat, ale zawsze mialam facetów starszych od siebie o  (ok.5 lat). Zawsze mialam starsze towarzystwo, dlatego tez inaczej patrzę na wszystko. Jak widzę te dziewczyny ode mnie ze szkoły to mnie krew zalewa..

Ja poprostu jestem inna, naprawdę i czasem wydaje mi się,ze to wcale nie jest lepsze. Ja poprostu potrzebuje kogoś na poziomie, a nie gówniarza. Nie lecę na pieniądze, też paru takich “typków” mnie zaczepiało, ale to nie moje życie. W ogóle podziwiam kobiety, które wiążą się z kimś dla pieniędzy, sypiają z taką osobą – ja bym tak nie umiała..Nie umiałabym iśc z kims do łózka, wiedząc ze robię to tylko dla hajsu a tym bardziej jesli ta osoba by mnie w ogóle nie pociągała fizycznie, Matko Boska to musi być obrzydliwe uczucie..No ale są rózni ludzie i różne priorytety mają w stym życiu.. Tak więc stawiam pytanie zawarte w temacie: Co ze mną nie tak? Proszę o poważne komentarze, pozdrawiam.

p.s. jesli są jakieś błędy to przepraszam, jest późno i pisałam wszystko jak szło mi z głowy..

Kategorie: Erotyka, Ludzie, Poważne, Związki41 Komentarzy

Powinność

Źródło: www.google.com/images

Jedna z niewielu rzeczy, która doprowadza mnie do czystej złości. Od małego byłem uczony(bezpośrednio lub nie), że “system” czegoś ode mnie wymaga. Bo oczywiście pewne rzeczy po prostu są moją ludzką “powinnością”, czymś co przekazujemy sobie przez pokolenia. Musisz pracować dla systemu, musisz założyć rodzinę, musisz się uczyć tego za czym na prawdę nie przepadasz. Oczywiście wszelkie przejawy sprzeciwu zostają automatycznie odrzucane. Bo przecież jako społeczeństwo kierujemy się zasadą, że ogół jest ważniejszy niż jednostka.

Ale tak szczerze, pierdoli mnie ogół, jestem egoistą. I nawet jeśli wiem, że nasza rasa nic by nie osiągnęła gdyby każdy chciał żyć tak jak mu się podoba.. ba, za pewne po jakimś czasie wszyscy by się pozabijali, to i tak czuję, że rozrywa mnie od środka kiedy uświadamiam sobie, że jestem tylko szarym człowiekiem, który ma “obowiązek” swoim życiem pchać system do przodu.
I ostatecznie nasuwa się wniosek pseudo-filozoficzny, że świat w, którym każdy człowiek ma wolną wolę jest po prostu bez sensu bo i tak w społeczeństwie pewne zachowania są zabronione lub wymagane(a jak się nie dostosujesz to poniesiesz karę).

Bardzo chciałbym spróbować trochę innego życia, bez zmartwień doczesnych, podróżując, poznając i doświadczając. Ale myśl, że mam tylko jedno życie sprowadza na mnie paniczny strach, że coś może się w tym “innym” sposobie życia nie udać, i ostatecznie żyję dalej tym normalnym typowym życiem.
Aj, jak ja nie lubię spokojnych wykurwów ; )
Oczywiście chętnie przyjmę krytykę(tylko prosiłbym o wypisanie argumentu, wtedy będę mógł wyciągnąć wnioski).

Kategorie: Kumulacja, Poważne6 Komentarzy

Mam prawo do śmierci!

Źródło: www.mmpulawy.pl

Witam

Przypuszczam, że po przeczytaniu tytułu większość z Was domyśliła się w czym rzecz. Tak, będę propagował śmierć na życzenie.

Mamy w Polsce (nie tylko zresztą) wielu ludzi, którzy w swym nieopisywalnym, beznadziejnym cierpieniu pragną jak najszybciej zejść z tego świata. Odchodzą od zmysłów w bólu, zdani na opiekę osób trzecich odchodzą od godności, kiedy wypróżniają się do pieluch. Większość z nich i tak niedługo umrze nie zaznawszy więcej jakiejkolwiek radości ze swojego istnienia.

Rozmaite kółka różańcowe i inne grupy o silnym nacechowaniu ideologicznym zajadle walczą o ludzkie życie. Nie dopuszczają możliwości, że ktoś mógłby chcieć decydować o własnej śmierci, zupełnie jakby był to ich problem. Z oślim uporem uszczęśliwiają innych na siłę. A śmiertelnie chory, przykuty na stałe do łóżka, cierpiący człowiek nie chce dłużej zaznawać tego “szczęścia”, które w istocie stanowi dlań piekło na Ziemi.

Dlaczego człowiek powinien umrzeć wtedy, kiedy sobie tego życzy?

Wiąże się to nierozerwalnie z jego prawem do decydowania o swoim życiu lub śmierci, prawem, które powinno obowiązywać jako nadrzędna świętość. Nikt nie odbiera go samobójcom (próby samobójcze nie są karane), którzy jeszcze mają możliwość samodzielnego targnięcia się na własne życie. Dlaczego więc faworyzujemy tych, którzy mają łatwiej? Dlaczego dyskryminujemy najsłabszych, którzy cierpią najbardziej i każemy cierpieć jeszcze mocniej, do samego końca? Dlaczego mamy odbierać ich godność? Niektórzy, nawet nie zaznając większego bólu, wolą umrzeć niż leżeć bez ruchu, robić pod siebie i płonąć w środku za każdym razem, kiedy ktoś będzie usuwał spod nich nieczystości. Powinniśmy to uszanować! Przypominam również: człowiek powinien być wolny. Gdzie jest więc ta wolność, kiedy człowiek nie może zdecydować co zrobić z własnym ciałem (pomijając fakt, że w te same swobody uderza kryminalizacja posiadania pewnych substancji)?

Brak prawa do eutanazji sprawia, że osoby, które w swoim współczuciu pomagają w skróceniu mąk, traktowani są jak kryminaliści. Czy w ten sposób nie demotywujemy ludzi do niesienia pomocy? Jestem przekonany, że tak. Chyba lepiej, żeby zdrowa osoba pomogła chorej zejść bezboleśnie, bez ryzyka skazania jak za morderstwo, niż żeby główny zainteresowany w akcie desperacji ostatkiem sił przegryzał sobie żyły.

Wszystkie kółka różańcowe, środowiska katolickie i idealiści innej natury- czy przejmują się tym człowiekiem, kiedy żyje? Zwykle nie. Przejmują się wyłącznie tym CZY żyje. “Nie damy ci umrzeć, bywaj, ehkm, zdrów…”- tak to w rzeczywistości wygląda. Podobnie z aborcją- “nie pozwolimy ci zabić kilku komórek, a czy stać cię na wychowanie dziecka za bardzo nas nie obchodzi”; do adopcji tych, w których życia obronie stają, też się szczególnie nie rwą.

Manipuluje nami masa hipokrytów, których problem nie dotyczy. Modelowa “moherowa babcia” protestująca przeciw aborcji i eutanazji sama nie będzie już miała dziecka i wychodzi z założenia, że cierpienie uświęca, więc ona może się męczyć i zapełniać pieluchy na łożu śmierci. Nie bierze jednak pod uwagę, że nie każdy podziela jej światopogląd.

Dodam, że prawo do śmierci ma niejako swoje odbicie w obowiązującej Konstytucji. Idąc za jej 30 artykułem: “Przyrodzona i niezbywalna godność człowieka stanowi źródło wolności i praw człowieka i obywatela. Jest ona nienaruszalna, a jej poszanowanie i ochrona jest obowiązkiem władz publicznych”. Fakt, Konstytucja mówi również o ochronie życia, niemniej nie precyzuje, co w zakres wspomnianej ochrony miałoby wchodzić. W osobistym odczuciu moje życie jest chronione przez państwo w momencie, kiedy pozwala mi ono decydować o nim samodzielnie.

Wielu przeciwników myli prawo do śmierci na życzenie z “prawem eutanazji”, które jest paskudnym zniekształceniem idei. Prawo do śmierci nie oznacza uśmiercenia z urzędu osoby, której stan zdrowia jest beznadziejny. Prawo do śmierci wiąże się z osobistą deklaracją osoby, która chce umrzeć. Jest wyłącznie jej decyzją, której kwestionowanie oznacza zniewolenie, odebranie godności i skazywanie na dalsze cierpienia.

***
Na koniec reklama “po szablonie” (za każdym razem dziękuję Adminowi za dotychczasowe przymykanie na nią oczu). Polecam Wam wszystkim forum “Kij w Oko” (www.kijwoko.fora.pl). Jest to forum, którego nie powstałoby bez inspiracji Wykurwem i skupia ludzi, którzy chcieliby mieć realny wpływ na to, co dzieje się w Polsce. Wychodząc z podstawowych założeń: “nie rób drugiemu co tobie niemiłe” i “każdy jest kowalem własnego losu”, opowiadamy się między innymi za zwiększonymi swobodami obywatelskimi, liberalizmem gospodarczym czy zmianą systemu podatkowego, obecnie w kontekście jak najszybszego wyjścia z Unii Europejskiej.

Kopia niniejszego artykułu zostaje zamieszczona na forum Kij w Oko.

Kategorie: Poważne, Pozostałe12 Komentarzy

alka

Źródło: www.google.com/images

Poznałem ją niespełna trzy lata temu, byłem już w separacji i rozwód w zapasie (finanse nie pozwalały na sprostanie wymogom sądowym bo na więcej niż zasadzają nie mam) z byłą nałożnicą więc mogłem wstęp do nowego zrobić. Niedawno była by nasza rocznica ale nawet do niej nie doczekała. Wyrwałem ją od luźnego związku od “przejściówki” + next po sześcioletnim biciu i wyzysku byłego nieudacznika życiowego. Koczowaliśmy spory czas w jej pokoiku przy kuchni u mamusi z lwią częścią pozostałej rodzinki adamsów. Kiedy mamusia przyjeżdżała od niemca z euro w kieszeni następował spęd bydła gdzie każdemu świeczką a jej nawet ogarka, wydrapany wosk z ołtarzyka co najwyżej. Zabrałem ją do siebie, było fajnie bo w końcu na swoim jesteśmy i nikt dupy nie truje i w ogóle. Spotkanie rodzinne u siebie jej robiłem, chrześniaka i koleżanki z bachorem pozwalałem na weekendy zaprosić. Wspólne święta u mamusi i jej uznanie że już się nie musi o córeczkę martwić, wakacje były, pierwsze i ostatnie zarazem, plany małżeństwa i wspólnego życia. Jak komornik zapukał to z punktu kasę dałem na „jak będziesz miała to może oddasz”. W końcu jak miałem krechę to też mogłem na nią liczyć, wikt sama dawała i tak dalej więc się poczuwałem.

W ten czwartek wieczorem pojechała do mamusi pożegnać ją przed wyjazdem do arbaitu “bo rano jedzie więc u niej się prześpię a potem do siostry na urodziny chrześniaka”. Zdarzyło mi się wolne więc pojechałem tam zobaczyć jak leci. W domu jej nie ma, siostra zdziwiona że je szukam bo impreza przesunięta na sobotę. Dzwonię i cisza, pisze i nic, Czekałem na nią, cały weekend -telefon wyłączny. W poniedziałek dostałem smsa “ze się to stało i do widzenia, wpadnę po rzeczy”. O co kurwa chodzi? Potem słyszałem: że kogoż już mam nowego od dłuższego czasu, potem że to był tylko raz bo tak wyszło, że coś gasło i w końcu się wypaliło, że taka już jestem i dla tego życia nie ułożyłam, że powinnam nosić obrączkę, że może robię największy błąd swojego życia ale…sama nie wiem czego chce od życia. Jak debil dzwoniłem, chodziłem do niej, żeby naprawić i wyprostować co jej nie pasiło. Skończyło się na nadziejach, że przemyślę, potrzebuję czasu dla siebie bo ze związku w związek, że już może nie kocham ale nie jesteś mi obcy, że może później damy sobie szansę, bądźmy przyjaciółmi.

Czekałem na nią do teraz, rozjebała mi banie do bólu zostawiając po sobie susze afrykańską suszę. Zapowiadała się na weekendy i olewała temat przyznając później „ze dałam dupy”, nie odbierała telefonów i zostawiała smsy bez odzewu, potem zapraszała mnie do siebie, spotykaliśmy się czasem i udawała że jest jak obiecywała, że myśli, zastanawia się itd. W końcu sam jej napisałem że już chyba nie mamy o czym rozmawiać i pożegnałem. Sama zawetowała, „zapomnijmy o wszystkim i znowu jesteśmy razem”…tak było na lkilka dni. Później powtórka z ironi i w końcu zapadła cisza.

Dzisiaj ją przełamałem, wpadłem do niej przed ostatni już chyba raz, kiedy wychodziliśmy na dwór z jej psem zadzwonił telefon, odebrała. Gatka była że „robię obiad, jestem sama z psem, zadzwonię do ciebie później” itd. Potem pytanka do mnie „jak leci, co u ciebie…”. Wkurwiłem się, nie ciągnąłem tej pustej jak murzyński bęben rozmowy, uciąłem i zakończyłem nasze spotkanie „nie będę ci przeszkadzał a jak będziesz miał problem to zadzwoń”…nie próbowała mnie zatrzymać…

Kategorie: Poważne, Związki4 Komentarzy

Deficyt autorytetów

Źródło: użytkownik

Witam serdecznie po raz kolejny.

Chciałbym powiedzieć co nieco, o współczesnych autorytetach. Zacznijmy od wyjaśnienia słowa autorytet.

Autorytet (z łaciny auctoritas – powaga moralna, znaczenie), prestiż osoby, grupy lub organizacji oparty na uznanych i cenionych w środowisku lub społeczeństwie wartościach: religii, prawie, nauce itp. (źródło: portalwiedzy.onet.pl)

Autorytetem dla ludzi do końca I połowy XX wieku byli zazwyczaj zwykli ludzie, nauczyciele, rodzice, księża, ideowcy. Trwało to mniej więcej do końca II wojny światowej, potem pojawiły się nowe czasy, które trwają do dziś. Jest to deficyt autorytetów. Autorytet to ktoś, kto jest wzorem dla nas wszystkich. Od lat 40-tych autorytetami dla młodzieży stali się głównie muzycy i artyści, którzy z braku nowych inspiracji dla rozwoju kultury, zaczęli używać sztuki kontrowersji. Zaczęto zrywać z odgórnie przyjętym tabu, by wybić się ponad tłum. Artyści robili to głównie dla sławy i mimo wszystko, dla pieniędzy. Sztuka przestała być estetyczna, miała szokować i zmuszać do refleksji. O ile to pierwsze jest bardzo pozytywnym aspektem współczesnej sztuki, tak drugie jest jedynie próbą wybicia się z szarego tłumu. Nic dziwnego, że potem owi artyści znaleźli swoich naśladowców wśród młodzieży, podatnej na wszelkie przejawy buntu. Tak powstały subkultury młodzieżowe, na początku niegroźne nieoficjalne zrzeszenia młodych, mających wspólne zainteresowania czy wręcz wspólny kult danej sztuki. Jednak potem owe subkultury pod swoje skrzydła wzięli neomarksiści. Cóż, połączenie wyznawców idei Marksa z anarchistami brzmi dość egzotycznie, ale prawda jest taka, że przy połączeniu się obu tych grup, mamy obecnie bardzo silne wpływy skrajnie lewicowe w polskim życiu publicznym. Nie chce tu przytaczać konkretne osoby, natomiast ci z Państwa, którzy czytali w ostatnim miesiącu gazety, słuchali radia i oglądali telewizję, na pewno wiedzą o zajściach z udziałem owych skrajnie lewicowych grup w czasie historycznej defilady na Krakowskim Przedmieściu w dniu święta Niepodległości. Obecnie wpływ jest ten tak silny, że w mainstreamowych mediach przyzwala się na przemoc wobec niektórych osób z przeciwległego bieguna politycznego. Taka sytuacja w państwie prawa nie powinna mieć nigdy racji bytu, natomiast w Polsce to już norma.

Wzywam do refleksji na temat współczesnego pojęcia autorytet. Czy autorytetem są przeciętni aktorzy wzywający do przemocy wobec 20 tysięcy uczestników legalnego marszu. Czy autorytetem jest człowiek z wibratorem w ręku, transseksualista, uczestniczka lobby proaborcyjnego? I w końcu, czy są nimi ludzie, którzy ongiś walczyli o wolność, teraz popierający ludzi, którzy są ODPOWIEDZIALNI za krew narodu? Otóż odpowiedzcie sobie Państwo sami na to pytanie! Trzeba zobaczyć, jak groźne są zjawiska w którym kontrowersje zaczynają być cechą autorytetów. Do czego w takim razie mogą się niedługo posunąć ludzie, którzy nie mają żadnych wartości i których jedyną cechą jest właśnie owa kontrowersyjność? I jaką drogą zmierza obecnie Polska?

Młodzież się buntuje, to normalne. Ja też do młodzieży należę i właśnie buntuje się przeciw takim “autorytetom”. Dla mnie autorytetami są Ci, którzy na nie zasłużyli czynami, a nie słowami, bądź gestami. I mam nadzieje, że młodzi zbuntują się nie przeciwko lewicy, ale przeciwko ograniczeniu znaczenia słowa autorytet.

Kategorie: Ludzie, Polityka, Poważne6 Komentarzy

Po wyborczy wkurw

Źródło: użytkownik

Dzień Dobry! Czuje jak mi głowa pulsuje jak tylko włączę pieprzone TV. Skończyły się wybory podobnie jak cudowne dwa dni ciszy wyborczej. Podnieta opanowała całą scenę polityczną! Rozpieprzanie państwa idzie pełną parą. W sumie to że Tusk może zostać premierem mi nie przeszkadza przyzwyczaiłem się do tego “osła politycznego”. Jest nawet słodki jak wymyśla coś na biegu przewraca oczami, szuka słów i rzuca gównem w kamerę żeby bezpiecznie spierdolić na upatrzone wcześniej pozycje, a kiedy się złości to nawet trzymając kabel od żelazka nie był by w stanie wystraszyć gnoi spod bloku, co dopiero kiboli. Bardziej obawiam się Pani Kopacz, jest zajebista potrafi mi podnieść ciśnienie od rana. Zastanawiam się jeśli ona mnie tak wkurwia to co dopiero mają powiedzieć pielęgniarki. Jest jeszcze Pan Sikorski, z oczu mu patrzę to  widzę “Żyda”, nie takiego z Izraela ale z plakatów propagandowych okresu II Wojny Światowej. Mam wrażenie że gdyby w dyplomacji liczyło by się zlizywanie skwarów z tyłków światowych przywódców to był by mistrzem, zapewne już teraz ma szorstki język od innych czynności.

W tych wyborach kibicowałem Palikotowi i w sumie głosowałem na jego. Wbrew temu co pisałem wcześniej chuj mnie obchodziło kto będzie premierem, bardziej mi zależało aby Pawlak żarł gówno! Zwłaszcza po tym jak obejrzałem dokument “Nocna zmiana” mam ochotę mu napluć w twarz. Nie wiem jak reszta jego ekipy ale jego jako jednego z wielu wysmarował bym smołą pierzem i puścił bym przez krajową A1 z południa na północ i tak puki nie zaczną latać świnie!

O panu prezesie niechętnie chce mi się pisać, jaki jest pan prezes każdy to widzi więc nie lubię powtarzać się wymieniając te same tytuły co na każdym portalu informacyjnym można je znaleźć.

Najbardziej dziś mnie wkurwiło to jak obejrzałem wiadomości i słyszę że świat się cieszy! Kurwa mać! Czemu  oni się cieszą? Po chuj? Może wydam się jak stereotypowy polaczek ale śledząc historię powszechną, źle kończą rządy które chcą się przypodobać jedynie towarzystwu międzynarodowemu. Zwłaszcza że polityka to nie jest kraina szczęśliwości, nikt nie ma czegoś takiego jak sentyment. Noż kurwa!  Liczą się ludzie którzy potrafią przypierdolić i iść dalej niestety takie nie jest PO (prowadzące politykę pod stołową). Mają inne plusy których nie zauważam. Europa nie jest doskonała dlatego to mnie tak wkurwia, dbanie o to aby pod pasować się albo zakompleksionym żabojadom lub klęczeć dla Rosjan. I tak nas się wychujali , najlepszym przykładem miłości polsko-niemieckiej jest “rurociąg północny”. Wspominam o tym bo dzisiejsza praca wychwalała Dońka jaki to zajebisty jest i uratował “dobre stosunki z niemcami”, przy okazji zaniedbując interesy naszego kraju i nas. Niemcy potrafią robić interesy!

Sądzę że nie jest to mocny wykurw.pl  ale wylałem to co miałem na wątrobie. Na koniec tego nasuwa mi się stare powiedzenie “z wielkim tyłkiem wszędzie ale z wielką gębą nigdzie”!!

Kategorie: Polityka, Poważne, System3 Komentarzy

Zabawa w szamana, czyli “W poszukiwaniu zaginionego sensu” – epilog.

Źródło: użytkownik

Nie będę pisał jakiegoś wyszukanego wstępu, gdyż to sam ten wykurw nie jest materiałem na początek. Ów zaś w formie pisemnej mogliście zobaczyć tutaj:

http://wykurw.pl/index.php/przedsylwestrowy-zajob-czyli-w-poszukiwaniu-zaginionego-sensu/

… także zacznę “jak gdyby nigdy nic”, lecąc po kolei od momentu, w którym ostatnio skończyłem.
(Tak tylko nadmienię, że niektóre fakty i wszystkie osoby pokrywają się z tekstu z linku powyżej, także niech niektórzy, którzy go nie czytali się nie zdziwią, jeśli nie zaczają o czym piszę.)

Od pamiętnego sylwestra, widziałem się z Martyną parę razy. Oczywiście nie muszę pisać chyba, że po raz pierwszy to ja musiałem wyciągnąć dłoń, aby się z nią spotkać, bo sama tyłka by nie ruszyła pomimo tego, iż skłamała na pełnej linii (do czego się później przyznała, a jak!). Szczerze napiszę, że podczas tamtej rozmowy, a wziąłem ją w nocy pod jej domem do samochodu, by wykluczyć możliwość przeszkodzenia nam, nie chciałem znać szczegółów jej postępowania, gdyż latało mi to koło chuja i najprawdopodobniej dobrze zrobiłem, że ją o tym uprzedziłem. Po prostu, jak to zazwyczaj bywało, dałem jej kolejną szansę. Cóż – jak człowiekowi zależy, to robi głupie rzeczy.

Jak to zwykle bywało po jakimś ciężkim momencie, nasze relacje zaczęły się stopniowo poprawiać. Sesję zimową o dziwo zdałem bez większych problemów, zadowolony ze zdanego semestru z podniesionym czołem patrzyłem na profil następnych paru miesięcy. A było o czym pozytywnie myśleć – nie dość, że relacje z Martyną pięły się w bardzo zadowalającym tempie do góry, wyprowadziłem się w końcu na długo oczekiwaną stancję, no i nadchodził czerwiec. A czerwiec w tym roku nie miał być byle normalnym miesiącem. Nie miał być, a to ponieważ  po raz drugi do naszego narodowego grajdołka miał przylecieć mój ulubiony zespół zatrejkotać parę kawałków na jednej ze studenckich imprez w centrum kraju. Warto też dodać, że ów zespół był także jednym z ulubieńszych, jeśli nie numerem jeden Martyny, także chyba wiadomo, co mi chodziło po głowie.

Nadszedł dzień, w którym postanowiłem zaprosić ją na koncert zagranicznej grupy. Do sesji letniej został jakiś miesiąc. Może trochę więcej, trochę mniej, jednakże margines błędu wynosił około dwóch dni. Odpaliłem więc komunikator (nie będę wymieniać nazwy, bo po co komu to, że korzystam z gadu-gadu?), otworzyłem okno rozmowy z kontaktem podpisanym twórczo literą “M” i zacząłem gadkę. Po jakiś dziesięciu minutach opadła mi szczena. Okazało się, że dziewczyna wyjeżdża na wymianę studencką do Włoszech. Pojutrze. Spojrzałem połowicznie ogarniając rzeczywistość na kalendarz i odpowiedziałem tylko, że o czternastej następnego dnia będę u niej, by porozmawiać na parę tematów.

Koncert nie był jedynym powodem, dla którego chciałem się z nią koniecznie spotkać przed wyjazdem. Wiedziałem o nim już podczas naszego pierwszego spotkania po sylwestrze, jednakże nie przypuszczałem, że wybywa tak wcześnie! Byłem dodatkowo o tyle przygnieciony tą nagłą informacją, o ile ciężkim dla mnie było moje postanowienie, że właśnie w tym czasie, po raz pierwszy od przeszło roku (a przypomnę, że “ganiałem za nią” jakieś… cztery lata?) wyjawię… albo lepiej ujmując: “przypomnę” jej moje uczucie, jakkolwiek żałośnie to nie brzmi. Ale cóż, postanowiłem, że nie będę miękka faja, to nie byłem – pojechałem o czternastej i zacząłem się wypytywać o pewne rzeczy. I okazało się, że jedzie na wymianę na termin nieokreślony, że musi odpocząć tam od pewnych spraw, że zmiana środowiska dobrze jej zrobi i inne o kant dupy rozbić powody. Dla świętego spokoju powiedziałem, co planowałem zrobić w związku z nadchodzącym koncertem, słysząc jedynie odpowiedź w stylu “Zastanowię się.” Gdy nadszedł czas pożegnania, powiedziałem to, co mi najbardziej leżało na sercu – powiedziałem jej to, co chciałem jej powiedzieć blisko od roku. Dodałem do tego, że mówię jej o tym nie dlatego, iż mam taką egoistyczną chętkę, tylko po to, aby miała świadomość tego, że ma do kogo wrócić i że jak będzie jej tam smutno, to niech się pakuje i daje nogę do Polski.

Odjechałem od niej z uśmiechem na papie, gdyż czułem, że teraz mam całkowicie czyste sumienie. Miesiąc przedtem sprawiłem jej na urodzinki przedwojenny sekretnik z inicjałami na jasno-złotym łańcuszku, a za miesiąc istniała “jakaś” szansa, że na koncert pójdziemy razem. Żyć, nie umierać.

Kiedy mój jedyny kłopot i zmartwienie znalazł się paręset kilometrów ode mnie, mogłem z czystym umysłem usiąść i przygotowywać się do sesji. I nawet nieźle mi szło. Do czasu. Otóż pewnego dnia na przełomie maja i czerwca, dostałem wiadomość. I za chuj byście nie odgadli od kogo, gdybym nie napisał, że od Martyny. A co się okazało? Że mości panna już grzeje tyłek w Polsce w mieścinie, w której studiuje, i że wróciła tak prędko (bo de facto po trzech tygodniach) z czterech powodów, z których jeden jest najważniejszy, lecz chce mi je powiedzieć prosto w oczy. W cztery oczy.

Ona. Mi. Chce porozmawiać. Ze mną. Pierwsza wyszła z inicjatywą. Nieby-kurwa-wałe! Mając na uwadze to, że najprawdopodobniej po raz pierwszy chciała ze mną porozmawiać na najwidoczniej ważny temat w cztery oczy, moja ciekawość wzrosła z poziomu Pałacu Kultury gdzieś na poziom Gwiazdy Syriusza. Problem pojawił się jednak taki, iż ona koniecznie chciała ze mną szybko porozmawiać, jednoznacznie widząc się w weekend. A mi to w chuj nie pasowało – w weekend miałem część egzaminów (akurat tak, żeby przez najbliższy miesiąc być udupionym), zaś w tygodniu siedziałem na stancji, gdyż nie opłacało mi się wracać do domu na jeden dzień. Także po przekazaniu jej tych wiadomości zaproponowałem, że przyjadę do niej z czwartku na piątek, po czym razem wybierzemy się PKP (ona do rodzimej wsi pod mym Wypizdowem Wielkim, ja z powrotem na stancję). Pomimo sprzeciwów zrobiłem, jak uważałem za słuszne.

W czwartek około południa ma stopa wylądowała na pewnej stacji kolejowej. Parędziesiąt minut później już witałem się z Martyną. Powiedziała, że z racji tego, iż u nich egzaminy się już skończyły, jej ekipa chce u niej w mieszkaniu zrobić małą imprezę i prosi mnie o pomoc. Chcąc-nie chcąc zgodziłem się.

Sam motyw imprezy opuszczę, gdyż jest to materiał na cały oddzielny wykurw.

Ostatnia osoba chwiejnym krokiem wyszła z mieszkania. Godzina około czwartej nad ranem. W środku zostali: Martyna, jej chora współlokatorka, jakiś gostek, który musiał przenocować, bo za daleko mu było dylać na chatę i ja już w ostatniej fazie wytrzeźwienia. Poprosiłem, żeby pani gospodarz weszła na chwilę do salonu, w którym to miałem nocować. Weszła równym krokiem pomimo, iż jeszcze paręnaście minut temu piła mniej i bardziej wyskokowe twory. Nie tracąc czasu (z rana wyjazd pociągiem), przeszedłem od razu do sedna – czterech warunków, dla których wróciła z wymiany. Jej początkowy opór i tłumaczenie, że “porozmawiamy rano” i inne bajery nie przeszły przez mojego stanowczo wmontowanego firewalla. Łagodnie zażądałem odpowiedzi teraz, gdyż to nie mogło być chyba bardziej odpowiedniego miejsca i czasu na to, żeby mi powiedzieć to, co chciało się rzec w cztery oczy.

Zaczęła wymieniać jakieś bzdety w stylu “tęskniłam za przyjaciółmi, rodziną, Tomkiem (jej najlepszy psiapsiółek – przyp. R.v.R.)”. W ciemnym salonie, okalanym nieznacznie śladowymi promieniami latarni ulicznych wpadających przez przysłonięte firankami okno, na środku pokoju siedziały dwie osoby. Chłopak z dziewczyną. Pierwszy byłby w stanie oddać za nią wszystko. Oddać serce za jeden szczery uśmiech. Siedział na rozciągniętym łóżku patrząc przez szarość na jej piękną twarz i słuchając cichego szeptu, który zdawał się opiewać jego osobę w cichym spokoju. Przez pobliską uliczkę przejechał samochód. Światło reflektorów łagodnie zatańczyło zakreślając łuk po ścianach i suficie. I gdy już maleńka nadzieja, by chwila ta trwała wiecznie, zaczęła żarzyć się gdzieś w otchłani, w powietrzu, niczym topór zawisły słowa, które przez jakiś czas w ogóle nie docierały do chłopaka.

Umieram na białaczkę.”

.
.
.
Powoli, z impetem cwałującego byka, siła tych słów zaczęła do mnie docierać. Ukryłem twarz w dłoniach. Nie wierzyłem. Nie mogłem uwierzyć, że coś takiego mogło mi się przytrafić. Że osobę, którą uważałem za absolutnego pewniaka w moich uczuciach, mogło przytrafić coś takiego. Emocje zrobiły swoje – czułem jedynie jej dłoń spoczywającą na moim ramieniu. Z tego, co powiedziała wynikało, że dowiedziała się o chorobie w zeszłym roku, zaś lekarze dawali jej czas do września. Do trzech miesięcy wprzód(!) Czułem, jak każdym otworem mojego ciała ulatuje wszystko – szczęście, radość, chęć na cokolwiek, sens czegokolwiek… wszystko. Pozostawiła mnie w salonie mówiąc tylko “do zobaczenia jutro”. Oderwałem twarz od dłoni. Rozejrzałem się po salonie. W rogu migotało słabe światełko. Jej laptop. Odpalony.

Co może zrobić osoba, która jest bezgranicznie zakochana w drugiej wiedząc, że ta jest ciężko chora? Odpowiedź jest prosta – wszystko. Nie minęło pół godziny, gdy miałem obalone wszystkie niezbędne informacje z działu “białaczka”. Dowiedziałem się, że oprócz metody, jaką leczyła się Martyna, jest inna. Bardziej ryzykowana, jednakże taka, która nie opóźnia rozwoju choroby, tylko leczy ją całkowicie.

Przeszczep szpiku.

Ryzyko polegało na tym, że jeśli przeszczep się nie przyjmie, biorca umiera. Jednakże jeśli wyniki badań zgodności są co najmniej zadowalające, jest bardzo wysokie prawdopodobieństwo, że taka osoba nigdy więcej w życiu nie będzie musiała nękać się z tym syfem. Tak się składało, że ojciec jednego z moich współlokatorów jest lekarzem, więc nie tracąc czasu, zaraz po przyjeździe, zadzwoniłem do niego i wypytałem szczegółowo o wszystko, co chciałem na ten temat wiedzieć. Wszystko. I wiedziałem, co zrobić.

A plan był taki: Martyna nigdy, nawet, jeśliby chodziło o jej własne życie, nie zgodziłaby się na to, żeby przyjąć szpik ode mnie. Czuła się i tak na tyle winna, że pozwoliła zajść z moimi uczuciami tak daleko, że gdybym jej o tym powiedział, wyrzuciłaby taką ustawę z miejsca do lamusa nawet, gdyby nasza zgodność wynosiłaby 99.9%. Postanowiłem więc, że zrobię wszystko za jej plecami. Jest to jednak ten typ misji niemożliwych, którego za chuj nie da się zrobić samemu. Potrzebowałem pomocy. Jedną już dostałem od ojca współlokatora, drugą, najważniejszą, potrzebowałem od… jej rodziców. Musiałem przedstawić sytuację, poprosić o jej kartę pacjenta, pojechać do Akademii Medycznej i jakiegoś profesorka poprosić, aby pomógł mi w ogarnięciu tematu do końca, po czym przy ewentualnej, wysokiej zgodności, zrobić anonimowanego  dawcę. W ten sposób wyleczyłbym ją, zaś ona nigdy by się nie dowiedziała, komu ten zabieg zawdzięcza. Wilk syty i owce całe. Czas więc było wykonać następny krok operacji: pojechać do jej rodzimej wsi, do jej rodziców.

Niewiele myśląc, po dwóch dniach wziąłem plecaczek i poszedłem na Gdańskie PKP, kupując bilet przez Tczew do wioski, w której przed zaczęciem studiowania Martyna mieszkała. Słońce napierdalało aż miło, robiąc z mojej koszulki pokrowiec na ryż. Plując sobie w brodę, że nie wziąłem nic do picia i jedzenia, dojechałem do wsi. Po piętnastu minutach byłem pod drzwiami domu, zaś po dwóch godzinach przyjechali z pracy jej rodzice. Usiadłem na krześle w salonie, mając przed sobą matkę Martyny. Za nią, człapał gdzieś w tą i z powrotem jej ojciec. Nie usiadł, nie patrzył. Tylko się kręcił. Zaczęliśmy rozmawiać. A dokładniej mówiąc, zacząłem monolog. Wystarczyło zamienić z jej mamą cztery zdania, żeby wiedzieć jedno:

 

.

.

.

 

Skłamała.

Kłamała pod każdym względem. Nie pojechała na żadną wymianę ani do żadnego sanatorium, tylko po prostu na beatyfikację Dżona Poula drugiego do Rzymu, ani przez chwilę nie chciała tam zostawać przez więcej, niż trzy tygodnie, zaś jej problemy zdrowotne ograniczały się do lekkiego bólu głowy i kataru. I to nic, że na dodatek do rozmowy dołączył się jej ojciec wkurwiony jak francuz na widok angola, zjebując mnie jak szmaciarz konia za to, że w ogóle miałem czelność próbować wyleczyć ją ze śmiertelnej choroby, że zależało mi na niej bardziej, niż na kimkolwiek innym, że “jeśli niczego od ciebie nie chce, to przestań w końcu się za nią, chłopaku, kręcić, do cholery” – dla mnie liczyło się jedno:

Kłamała. Skłamała, że umiera.

 

Wyobraźcie sobie najgorsze kłamstwo. Najgorsze, jakie człowiek może powiedzieć drugiemu. Dodajcie jeszcze to, że ta osoba jest dodatkowo w pierwszej szalenie zakochana. Wyobraźcie sobie takie kłamstwo. Ja kiedyś wyobraziłem i nie podejrzewałem, że usłyszę je z tych, a nie innych ust. I naprawdę jebać to, że sesję oczywiście przejebałem na pełnej linii, zaś teraz zapierdalam w Norwegii – najbardziej patologiczne z tego wszystkiego jest to, że gdy zrozumiałem, że kłamała, jedyne, co na początku poczułem, to ulgę, że nic jej nie grozi.

Dopiero po czasie stwierdziłem, że już nigdy, kurwa, więcej.

.

.

.

 

Nigdy!

Kategorie: Poważne, Związki12 Komentarzy

Spuść jedynkę do piachu

Źródło: użytkownik

9 października odbędą się wybory parlamentarne. Już wiele miesięcy wcześniej zaczęła się kampanijna szopka. Politycy się do nas uśmiechają, pląsają w telewizji, rozdają jabłka, a gawiedź rzuca im kwiaty i własną odzież, coby po gołej ziemi nie stąpali. Już chyba w maju (nie jestem pewien) zobaczyłem w mieście billboard z podpisem “Premier Jarosław Kaczyński” i jego wielkim zdjęciem. No ok, nikt mu nie zabroni…

W telewizji natomiast mówi się ciągle o czterech partiach. PO, PiS, SLD, PSL, PO, PiS, SLD, PSL… Do zesrania można się nasłuchać i naoglądać ciągle tych samych osób. Nie mówię, że te partie są złe, ale chyba coś jest nie tak, skoro ciągle mówi się tylko o nich. Mamy więcej, niż cztery partie. Co więcej, te pozostałe, pomijane w mediach, również mają ciekawy program, niewykluczone, że lepszy od partii, obecnie “urzędujących”. Polska jest krajem demokratycznym. Mamy prawo wyboru, więc uszanujmy to. Libijczycy 42 lata byli więzieni we własnym państwie (oby nie zbrzydła im ta demokracja, jak u nas). My jesteśmy wolni już od ’89, a ciągle dajemy się ruchać w dupę. Na czas wyborów IQ przeciętnego wyborcy spada do rozmiaru jego buta i miast zapoznać się z programem każdej partii, wybiera tę najbardziej cukierkowaną przez telewizję.

Co ciekawe, sondaże internetowe, od tych prezentowanych chociażby w  ”Wiadomościach” znacznie się między sobą różnią. Na stronie X pierwsze miejsce należało do Platformy, zaś drugie do Nowej Prawicy. W telewizji o takiej partii wcale się nie słyszy. Oczywiście mam na myśli Nową Prawicę, bo Platformy jest zdecydowanie za dużo. Wynika to z różnicy grup społecznych (Internauci interesujący się polityką i ogólnie Polacy). To tak, jakby obliczyć procentowy udział ludzi o czarnym kolorze skóry w szkole dla czarnych i w całej Polsce. Otrzymamy wyniki 99% i 0,1%. Do czego zmierzam? A do tego, że cztery najbliższe lata najprawdopodobniej spędzimy znowu pod okupacją POPiSu.

Panowie Sobczak i Szpak w jednym ze swoich felietonów w Angorze (“Bez obciachu”) doskonale opisali w jaki sposób ci “polityczni impotenci” przedłużają sobie kadencje oraz jak możemy temu zaradzić.
Mubaraki okupują pierwsze miejsca list wyborczych. (…) Bo to ma im zagwarantować reelekcję, czyli kolejne cztery lata grzania ławy i laby w parlamencie.
Kochani, zróbmy im bardzo przykrą niespodziankę! Idźmy do wyborów z hasłem: „GŁOSUJ BEZ OBCIACHU, SPUŚĆ JEDYNKĘ DO PIACHU!!!”. Takie głosowanie umożliwi we wszystkich partiach zmianę pokoleniową i znacznie przewietrzy parlament. Spuszczając jedynki do piachu dajemy szansę tym, którzy z pewnością zasłużyli żeby być w Sejmie, ale z racji takiej, a nie innej pozycji na liście, jest to praktycznie niemożliwe. Pomóżmy im, ucierając nosa zadufanym, zarozumiałym, zblazowanym gwiazdorom partyjnym. Upokorzenie ich, to nasz wielki, narodowy obowiązek. Ten ropiejący wrzód, który od lat jest pudrowany, czas w końcu spróbować przeciąć!

Wierzę, iż bywalcy tegoż zacnego portalu zagłosują “bez obciachu” i coś się w końcu zmieni w tej Polsce… Jednak jako urodzony pesymista nie wierzę w to. Bardzo tego chcę, ale wiem, że się nie uda. Żeby gruntownie zmienić polską scenę polityczną trzeba odsunąć od władzy tych 2,3,4-kadencyjnych Kaddafich, a oni wcale nie będą chcieli się odejść. Chyba, że siłą odciągnie się ich od koryta. W sumie, ciekawie by to wyglądało.

W każdym razie zastanówcie się dobrze, na kogo zagłosować i spuście jedynkę do piachu. Musimy przynajmniej spróbować. Żeby chociaż narobić o tym szumu w Internecie.

Mam nadzieję, że napisałem to bezstronnie.

Kategorie: Polityka, Poważne7 Komentarzy

Matczyna miłość

Źródło: www.google.com/images

Kurwa mać, naprawdę bardzo źle się z tym czuję, i nie wiem kompletnie, co mam zrobić, jak zmienić swoje życie na lepsze. Przede wszystkim jest mi bardzo przykro, że źródłem mojego beznadziejnego stanu jest moja najbliższa rodzina. Ciężko jest opisać w skrócie, ale spróbuję,bo muszę usłyszeć opinię innych na ten temat. Mam 20 lat i mieszkam z rodzicami i do niedawna starszym bratem, (27), który mieszka teraz z dziewczyną. Ogólnie chodzi o to, że czuję się bardzo niechciana i niekochana, najbardziej ze strony mamy. Ona zawsze chciała mieć syna, i ma jako pierwsze dziecko. Potem, po 7 latach urodziłam się ja, nie wiem do końca czy z przypadku. I zawsze mój brat był ten lepszy, mądrzejszy, zdolniejszy ode mnie. Nawet kurwa kanapki do szkoły mu zawsze robiła, a o mnie często zapominała. Jak byłam mała to zdałam sobie z tego sprawę, ale postanowiłam to kompletnie olać. W sumie było mi to na rękę, bo wiecie, nikt mnie nie kontrolował jakoś wybitnie pod względem nauki, z kim się spotykam. Ale kurwa, najgorsze, że po prostu nie traktuje mnie poważnie, tylko kurwa jak głupiutką dziewczynkę. Tak szczerze, to mi się wydaje, że ona po prostu mnie nie kocha tak jak mojego brata i to widać gołym okiem.

Teraz, kiedy jestem starsza jest tak samo, a może i gorzej. Teraz, kiedy brata nie ma w domu, ja powinnam pomóc w prowadzeniu rodzinnej firmy. Ale kurwa ona non stop prosi o pomoc jego, a nie mnie, bo ja jestem „młoda i głupia”. Jak ona kurwa nie potrafi mnie w żaden sposób wesprzeć, albo traktować chociaż jak normalnego człowieka, to jak ja mam funkcjonować w społeczeństwie. Czuję, że mam z tym problem, samoakceptacją, kontaktem z innym zdrowym podejściem do życia, nawet facetów. Człowiek musi się czuć kochanym, żeby móc kochać dalej. Wkurwia mnie to strasznie. Najbardziej boję się jednak tego, że jeżeli jestem jej córką to w przyszłości będę taka jak ona, albo już jestem. Chociaż nie mam chłopaka, to boję się na myśl o byciu matką. Kurwa, nie wiem co mam z tym zrobić.

Trochę dziwny ten wykurw, ale cóż, pisałam co czułam.

Kategorie: Ludzie, Poważne14 Komentarzy

  • Strona 1 z 3
  • 1
  • 2
  • 3
  • >

Wszelkie wpisy w serwisie generowane są przez użytkowników serwisu i jego właściciel nie bierze za nie odpowiedzialności.