
Źródło: użytkownik
Nie będę pisał jakiegoś wyszukanego wstępu, gdyż to sam ten wykurw nie jest materiałem na początek. Ów zaś w formie pisemnej mogliście zobaczyć tutaj:
http://wykurw.pl/index.php/przedsylwestrowy-zajob-czyli-w-poszukiwaniu-zaginionego-sensu/
… także zacznę “jak gdyby nigdy nic”, lecąc po kolei od momentu, w którym ostatnio skończyłem.
(Tak tylko nadmienię, że niektóre fakty i wszystkie osoby pokrywają się z tekstu z linku powyżej, także niech niektórzy, którzy go nie czytali się nie zdziwią, jeśli nie zaczają o czym piszę.)
Od pamiętnego sylwestra, widziałem się z Martyną parę razy. Oczywiście nie muszę pisać chyba, że po raz pierwszy to ja musiałem wyciągnąć dłoń, aby się z nią spotkać, bo sama tyłka by nie ruszyła pomimo tego, iż skłamała na pełnej linii (do czego się później przyznała, a jak!). Szczerze napiszę, że podczas tamtej rozmowy, a wziąłem ją w nocy pod jej domem do samochodu, by wykluczyć możliwość przeszkodzenia nam, nie chciałem znać szczegółów jej postępowania, gdyż latało mi to koło chuja i najprawdopodobniej dobrze zrobiłem, że ją o tym uprzedziłem. Po prostu, jak to zazwyczaj bywało, dałem jej kolejną szansę. Cóż – jak człowiekowi zależy, to robi głupie rzeczy.
Jak to zwykle bywało po jakimś ciężkim momencie, nasze relacje zaczęły się stopniowo poprawiać. Sesję zimową o dziwo zdałem bez większych problemów, zadowolony ze zdanego semestru z podniesionym czołem patrzyłem na profil następnych paru miesięcy. A było o czym pozytywnie myśleć – nie dość, że relacje z Martyną pięły się w bardzo zadowalającym tempie do góry, wyprowadziłem się w końcu na długo oczekiwaną stancję, no i nadchodził czerwiec. A czerwiec w tym roku nie miał być byle normalnym miesiącem. Nie miał być, a to ponieważ po raz drugi do naszego narodowego grajdołka miał przylecieć mój ulubiony zespół zatrejkotać parę kawałków na jednej ze studenckich imprez w centrum kraju. Warto też dodać, że ów zespół był także jednym z ulubieńszych, jeśli nie numerem jeden Martyny, także chyba wiadomo, co mi chodziło po głowie.
Nadszedł dzień, w którym postanowiłem zaprosić ją na koncert zagranicznej grupy. Do sesji letniej został jakiś miesiąc. Może trochę więcej, trochę mniej, jednakże margines błędu wynosił około dwóch dni. Odpaliłem więc komunikator (nie będę wymieniać nazwy, bo po co komu to, że korzystam z gadu-gadu?), otworzyłem okno rozmowy z kontaktem podpisanym twórczo literą “M” i zacząłem gadkę. Po jakiś dziesięciu minutach opadła mi szczena. Okazało się, że dziewczyna wyjeżdża na wymianę studencką do Włoszech. Pojutrze. Spojrzałem połowicznie ogarniając rzeczywistość na kalendarz i odpowiedziałem tylko, że o czternastej następnego dnia będę u niej, by porozmawiać na parę tematów.
Koncert nie był jedynym powodem, dla którego chciałem się z nią koniecznie spotkać przed wyjazdem. Wiedziałem o nim już podczas naszego pierwszego spotkania po sylwestrze, jednakże nie przypuszczałem, że wybywa tak wcześnie! Byłem dodatkowo o tyle przygnieciony tą nagłą informacją, o ile ciężkim dla mnie było moje postanowienie, że właśnie w tym czasie, po raz pierwszy od przeszło roku (a przypomnę, że “ganiałem za nią” jakieś… cztery lata?) wyjawię… albo lepiej ujmując: “przypomnę” jej moje uczucie, jakkolwiek żałośnie to nie brzmi. Ale cóż, postanowiłem, że nie będę miękka faja, to nie byłem – pojechałem o czternastej i zacząłem się wypytywać o pewne rzeczy. I okazało się, że jedzie na wymianę na termin nieokreślony, że musi odpocząć tam od pewnych spraw, że zmiana środowiska dobrze jej zrobi i inne o kant dupy rozbić powody. Dla świętego spokoju powiedziałem, co planowałem zrobić w związku z nadchodzącym koncertem, słysząc jedynie odpowiedź w stylu “Zastanowię się.” Gdy nadszedł czas pożegnania, powiedziałem to, co mi najbardziej leżało na sercu – powiedziałem jej to, co chciałem jej powiedzieć blisko od roku. Dodałem do tego, że mówię jej o tym nie dlatego, iż mam taką egoistyczną chętkę, tylko po to, aby miała świadomość tego, że ma do kogo wrócić i że jak będzie jej tam smutno, to niech się pakuje i daje nogę do Polski.
Odjechałem od niej z uśmiechem na papie, gdyż czułem, że teraz mam całkowicie czyste sumienie. Miesiąc przedtem sprawiłem jej na urodzinki przedwojenny sekretnik z inicjałami na jasno-złotym łańcuszku, a za miesiąc istniała “jakaś” szansa, że na koncert pójdziemy razem. Żyć, nie umierać.
Kiedy mój jedyny kłopot i zmartwienie znalazł się paręset kilometrów ode mnie, mogłem z czystym umysłem usiąść i przygotowywać się do sesji. I nawet nieźle mi szło. Do czasu. Otóż pewnego dnia na przełomie maja i czerwca, dostałem wiadomość. I za chuj byście nie odgadli od kogo, gdybym nie napisał, że od Martyny. A co się okazało? Że mości panna już grzeje tyłek w Polsce w mieścinie, w której studiuje, i że wróciła tak prędko (bo de facto po trzech tygodniach) z czterech powodów, z których jeden jest najważniejszy, lecz chce mi je powiedzieć prosto w oczy. W cztery oczy.
Ona. Mi. Chce porozmawiać. Ze mną. Pierwsza wyszła z inicjatywą. Nieby-kurwa-wałe! Mając na uwadze to, że najprawdopodobniej po raz pierwszy chciała ze mną porozmawiać na najwidoczniej ważny temat w cztery oczy, moja ciekawość wzrosła z poziomu Pałacu Kultury gdzieś na poziom Gwiazdy Syriusza. Problem pojawił się jednak taki, iż ona koniecznie chciała ze mną szybko porozmawiać, jednoznacznie widząc się w weekend. A mi to w chuj nie pasowało – w weekend miałem część egzaminów (akurat tak, żeby przez najbliższy miesiąc być udupionym), zaś w tygodniu siedziałem na stancji, gdyż nie opłacało mi się wracać do domu na jeden dzień. Także po przekazaniu jej tych wiadomości zaproponowałem, że przyjadę do niej z czwartku na piątek, po czym razem wybierzemy się PKP (ona do rodzimej wsi pod mym Wypizdowem Wielkim, ja z powrotem na stancję). Pomimo sprzeciwów zrobiłem, jak uważałem za słuszne.
W czwartek około południa ma stopa wylądowała na pewnej stacji kolejowej. Parędziesiąt minut później już witałem się z Martyną. Powiedziała, że z racji tego, iż u nich egzaminy się już skończyły, jej ekipa chce u niej w mieszkaniu zrobić małą imprezę i prosi mnie o pomoc. Chcąc-nie chcąc zgodziłem się.
Sam motyw imprezy opuszczę, gdyż jest to materiał na cały oddzielny wykurw.
Ostatnia osoba chwiejnym krokiem wyszła z mieszkania. Godzina około czwartej nad ranem. W środku zostali: Martyna, jej chora współlokatorka, jakiś gostek, który musiał przenocować, bo za daleko mu było dylać na chatę i ja już w ostatniej fazie wytrzeźwienia. Poprosiłem, żeby pani gospodarz weszła na chwilę do salonu, w którym to miałem nocować. Weszła równym krokiem pomimo, iż jeszcze paręnaście minut temu piła mniej i bardziej wyskokowe twory. Nie tracąc czasu (z rana wyjazd pociągiem), przeszedłem od razu do sedna – czterech warunków, dla których wróciła z wymiany. Jej początkowy opór i tłumaczenie, że “porozmawiamy rano” i inne bajery nie przeszły przez mojego stanowczo wmontowanego firewalla. Łagodnie zażądałem odpowiedzi teraz, gdyż to nie mogło być chyba bardziej odpowiedniego miejsca i czasu na to, żeby mi powiedzieć to, co chciało się rzec w cztery oczy.
Zaczęła wymieniać jakieś bzdety w stylu “tęskniłam za przyjaciółmi, rodziną, Tomkiem (jej najlepszy psiapsiółek – przyp. R.v.R.)”. W ciemnym salonie, okalanym nieznacznie śladowymi promieniami latarni ulicznych wpadających przez przysłonięte firankami okno, na środku pokoju siedziały dwie osoby. Chłopak z dziewczyną. Pierwszy byłby w stanie oddać za nią wszystko. Oddać serce za jeden szczery uśmiech. Siedział na rozciągniętym łóżku patrząc przez szarość na jej piękną twarz i słuchając cichego szeptu, który zdawał się opiewać jego osobę w cichym spokoju. Przez pobliską uliczkę przejechał samochód. Światło reflektorów łagodnie zatańczyło zakreślając łuk po ścianach i suficie. I gdy już maleńka nadzieja, by chwila ta trwała wiecznie, zaczęła żarzyć się gdzieś w otchłani, w powietrzu, niczym topór zawisły słowa, które przez jakiś czas w ogóle nie docierały do chłopaka.
“Umieram na białaczkę.”
.
.
.
Powoli, z impetem cwałującego byka, siła tych słów zaczęła do mnie docierać. Ukryłem twarz w dłoniach. Nie wierzyłem. Nie mogłem uwierzyć, że coś takiego mogło mi się przytrafić. Że osobę, którą uważałem za absolutnego pewniaka w moich uczuciach, mogło przytrafić coś takiego. Emocje zrobiły swoje – czułem jedynie jej dłoń spoczywającą na moim ramieniu. Z tego, co powiedziała wynikało, że dowiedziała się o chorobie w zeszłym roku, zaś lekarze dawali jej czas do września. Do trzech miesięcy wprzód(!) Czułem, jak każdym otworem mojego ciała ulatuje wszystko – szczęście, radość, chęć na cokolwiek, sens czegokolwiek… wszystko. Pozostawiła mnie w salonie mówiąc tylko “do zobaczenia jutro”. Oderwałem twarz od dłoni. Rozejrzałem się po salonie. W rogu migotało słabe światełko. Jej laptop. Odpalony.
Co może zrobić osoba, która jest bezgranicznie zakochana w drugiej wiedząc, że ta jest ciężko chora? Odpowiedź jest prosta – wszystko. Nie minęło pół godziny, gdy miałem obalone wszystkie niezbędne informacje z działu “białaczka”. Dowiedziałem się, że oprócz metody, jaką leczyła się Martyna, jest inna. Bardziej ryzykowana, jednakże taka, która nie opóźnia rozwoju choroby, tylko leczy ją całkowicie.
Przeszczep szpiku.
Ryzyko polegało na tym, że jeśli przeszczep się nie przyjmie, biorca umiera. Jednakże jeśli wyniki badań zgodności są co najmniej zadowalające, jest bardzo wysokie prawdopodobieństwo, że taka osoba nigdy więcej w życiu nie będzie musiała nękać się z tym syfem. Tak się składało, że ojciec jednego z moich współlokatorów jest lekarzem, więc nie tracąc czasu, zaraz po przyjeździe, zadzwoniłem do niego i wypytałem szczegółowo o wszystko, co chciałem na ten temat wiedzieć. Wszystko. I wiedziałem, co zrobić.
A plan był taki: Martyna nigdy, nawet, jeśliby chodziło o jej własne życie, nie zgodziłaby się na to, żeby przyjąć szpik ode mnie. Czuła się i tak na tyle winna, że pozwoliła zajść z moimi uczuciami tak daleko, że gdybym jej o tym powiedział, wyrzuciłaby taką ustawę z miejsca do lamusa nawet, gdyby nasza zgodność wynosiłaby 99.9%. Postanowiłem więc, że zrobię wszystko za jej plecami. Jest to jednak ten typ misji niemożliwych, którego za chuj nie da się zrobić samemu. Potrzebowałem pomocy. Jedną już dostałem od ojca współlokatora, drugą, najważniejszą, potrzebowałem od… jej rodziców. Musiałem przedstawić sytuację, poprosić o jej kartę pacjenta, pojechać do Akademii Medycznej i jakiegoś profesorka poprosić, aby pomógł mi w ogarnięciu tematu do końca, po czym przy ewentualnej, wysokiej zgodności, zrobić anonimowanego dawcę. W ten sposób wyleczyłbym ją, zaś ona nigdy by się nie dowiedziała, komu ten zabieg zawdzięcza. Wilk syty i owce całe. Czas więc było wykonać następny krok operacji: pojechać do jej rodzimej wsi, do jej rodziców.
Niewiele myśląc, po dwóch dniach wziąłem plecaczek i poszedłem na Gdańskie PKP, kupując bilet przez Tczew do wioski, w której przed zaczęciem studiowania Martyna mieszkała. Słońce napierdalało aż miło, robiąc z mojej koszulki pokrowiec na ryż. Plując sobie w brodę, że nie wziąłem nic do picia i jedzenia, dojechałem do wsi. Po piętnastu minutach byłem pod drzwiami domu, zaś po dwóch godzinach przyjechali z pracy jej rodzice. Usiadłem na krześle w salonie, mając przed sobą matkę Martyny. Za nią, człapał gdzieś w tą i z powrotem jej ojciec. Nie usiadł, nie patrzył. Tylko się kręcił. Zaczęliśmy rozmawiać. A dokładniej mówiąc, zacząłem monolog. Wystarczyło zamienić z jej mamą cztery zdania, żeby wiedzieć jedno:
.
.
.
Skłamała.
Kłamała pod każdym względem. Nie pojechała na żadną wymianę ani do żadnego sanatorium, tylko po prostu na beatyfikację Dżona Poula drugiego do Rzymu, ani przez chwilę nie chciała tam zostawać przez więcej, niż trzy tygodnie, zaś jej problemy zdrowotne ograniczały się do lekkiego bólu głowy i kataru. I to nic, że na dodatek do rozmowy dołączył się jej ojciec wkurwiony jak francuz na widok angola, zjebując mnie jak szmaciarz konia za to, że w ogóle miałem czelność próbować wyleczyć ją ze śmiertelnej choroby, że zależało mi na niej bardziej, niż na kimkolwiek innym, że “jeśli niczego od ciebie nie chce, to przestań w końcu się za nią, chłopaku, kręcić, do cholery” – dla mnie liczyło się jedno:
Kłamała. Skłamała, że umiera.
Wyobraźcie sobie najgorsze kłamstwo. Najgorsze, jakie człowiek może powiedzieć drugiemu. Dodajcie jeszcze to, że ta osoba jest dodatkowo w pierwszej szalenie zakochana. Wyobraźcie sobie takie kłamstwo. Ja kiedyś wyobraziłem i nie podejrzewałem, że usłyszę je z tych, a nie innych ust. I naprawdę jebać to, że sesję oczywiście przejebałem na pełnej linii, zaś teraz zapierdalam w Norwegii – najbardziej patologiczne z tego wszystkiego jest to, że gdy zrozumiałem, że kłamała, jedyne, co na początku poczułem, to ulgę, że nic jej nie grozi.
Dopiero po czasie stwierdziłem, że już nigdy, kurwa, więcej.
.
.
.
Nigdy!