
Źródło: użytkownik
Nie wiem o co mi chodzi. Od jakiegoś czasu po prostu nie radzę sobie ze sobą. Czuję się tak, jakby wszystko co mnie otacza, wszystko co dzieje się wokół, dotyczyło kogoś innego. Jakbym oglądała film, a nie sama w tym wszystkim uczestniczyła. Nie przeżywam tego w pełni, jak gdyby emocje były na <off>. Strasznie mnie to denerwuje, bo przydarzyło mi się w tym czasie wiele rzeczy, które, gdyby przytrafiły się komuś innemu, uznałabym za niezwykle pasjonujące tudzież ekscytujące.
Po pierwsze chyba się zakochałam. Przez to wszystko nawet nie wiem czy rzeczywiście byłam zakochana. W każdym razie zdarzyło mi się to pierwszy raz w życiu. Poznałam kogoś, komu wiem że w przyszłości mogłabym powiedzieć ‘kocham’ w pełni szczerze. Kogoś, na kim na prawdę zaczęło mi zależeć. Chciałam żeby był szczęśliwy. On miał dużo problemów, rozmawialiśmy, z każdym dniem poznawałam go coraz bardziej i coraz mocniej wkręcałam się w to wszystko. Czułam potrzebę, żeby mu pomóc. Chciałam dzielić jego problemy, być oparciem, kimś, przy kim może być sobą niezależnie od wszystkiego. Mógł okłamywać cały świat, ale ja chciałam być tą jedną jedyną osobą, która znałaby prawdę i nikomu jej nie zdradziła. To miał być nasz mały świat.
Wiem, że to mogło być coś wyjątkowego, ale w ogóle tego nie czułam. To było takie normalne. Nie potrafię tego wyjaśnić. Może dlatego, że czekałam na coś takiego, mówiłam sobie że to musi mnie spotkać, więc uznałam to za zaplanowane. Chodzi o to, że przed nim wielu już wyznawało mi miłość, mówiło jaka to jestem wspaniała itp., ale tylko patrząc na niego czułam taki dziwny niepokój, żeby tylko nie przestał tak myśleć. Zawsze przedtem po takim wyznaniu wycofywałam się, żeby nie robić chłopakowi nadziei, ale przy nim… Chciałam żeby za mną szalał, żeby zależało mu jak jeszcze nigdy, żeby troszczył się o mnie. Chciałam być tylko jego, chciałam żeby był zazdrosny, zawsze trzymał mnie blisko siebie. No i na początku tak był0. Wiem, że w środku nocy przyjechałby do mnie słysząc mój płacz w telefonie. Wiem jak bardzo mu zależało. Aż nagle przestało.
Do tego czasu ja pilnowałam się strasznie. Nie pozwalałam sobie wyolbrzymiać żadnej rzeczy. Idąc za radą Marilyn całowałam nie kochając, słuchałam nie wierząc no i… właśnie. Powinnam była odejść nim zostanę porzucona. W każdym razie pewnego dnia, nagle cały ten piękny obrazek przestał istnieć. Skończyły się smsy na dzień dobry i dobranoc, chuj go obchodziło co u mnie, w dupie miał jak się czuję. Nadal utrzymywaliśmy kontakt, ale bardziej na stopie koleżeńskiej. I to wtedy właśnie role się odwróciły i to on wyszedł na prowadzenie. Mi zaczęło zależeć jak cholera. Czekałam cały dzień na jakiś znak. Cokolwiek. Całymi dniami o nim myślałam. Żeby nie było, że zostawiłam to ot tak i odpuściłam nie walcząc, próbowałam się z nim spotkać, pogadać. Ale on żadnej z tych rozmów nie traktował poważnie. Zachowywał się tak, jak gdyby wszystko to do czego doszliśmy i jak bardzo się zżyliśmy nie istniało. Jakby był moim kolegą ze szkoły, z którym nawet nie za bardzo jest o czym pogadać. Niedługo potem zaczął wspominać o swojej byłej…
Chciałam być dla niego przyjaciółką, więc nie zwracałam uwagi na to jak bardzo mnie to rani i próbowałam zrozumieć jego uczucia. Opowiadał jak długo ze sobą byli, że nigdy nikogo tak nie kochał, że ciężko mu się pozbierać, bo zostawia za sobą kawał życia. I wtedy to do mnie dotarło. On nie chciał mnie nigdy pokochać. Nigdy nie miało mu zależeć. To nie był długoterminowy plan, tylko krótki epizod na pocieszenie. W dodatku jednostronny układ. Szkoda tylko, że do tego czasu już trochę za daleko to poszło i ciężko mi było tak po prostu się odwrócić, chociaż rozsądna dziewczyna tak właśnie powinna zrobić.
Potrzebowałam kilku dni i wszystko wróciło do normy. Przez te kilka dni, przyrzekam, to nie byłam ja. Płakałam po kątach, chociaż tak na prawdę przecież nic nas nie łączyło. Nie kochałam go, po prostu strasznie zależało mi na tym żeby to on pokochał mnie. Nigdy nie znałam tego uczucia. Nawet teraz nie wiem jak je nazwać. Chciałam tego tak mocno, bo wiedziałam że to niemożliwe. On nie był w stanie pokochać nikogo innego, on nadal kochał ją. Ale ze mnie już taki kawał suki, że jak chcę to muszę i zawsze się to sprawdzało. To była moja pierwsza porażka, pierwszy raz kiedy to ja byłam tą odstawioną. Te kilka dni… Kurwa! Telenowela! Przy wszystkich uśmiechnięta, jak zawsze. Wszystko robiłam na autopilocie. A kiedy tylko zostawałam sama ze sobą, kiedy nic nie zagłuszało moich myśli, w głowie był tylko on. Żeby zachować jakieś resztki godności postanowiłam nie odzywać się do niego pierwsza. Dawniej już po jednym dniu pytałby czy coś się stało. Tym razem wytrzymał kilka tygodni. I chociaż czekałam jak głupia na tego smsa, cieszę się, że dał mi tyle czasu, bo wzięłam się w garść. W myślach krążyło w kółko ‘ogarnij się dziewczyno, do kurwy nędzy!’. Z każdym kolejnym dniem milczenia oddalałam się, zamazywałam wspomnienia. Wszystkie jego problemy, którymi się ze mną podzielił, które chciałam mu pomóc przejść, które nadal były aktualne, weszły mi w dupę tak głęboko, że mogły pogłaskać migdałki.
I to wszystko, chociaż wydawać się może, że przesycone uczuciem, ominęło mnie po łuku. Łzy płynęły same, to nie był smutek. Nie wiem, to było tak, że te łzy tam po prostu pasowały. Nie targały mną jakieś silne emocje, byłam od tego odłączona. Jakby tylko połowa mnie to przeżywała. Jak film, po prostu jakbym oglądała cudzą historię, która wychodziła spod mojego pióra. Oglądając coś, też zdarza mi się wzruszyć itp. I to były tego rodzaju odczucia. Może i prawdziwe, ale nie pełne. I dzisiaj, chociaż gadamy ze sobą i wszystko wydaje się być w porządku, wiem że nigdy mu nie zaufam. Jest między nami niewidzialny dystans niewypowiedzianych słów. I tak już zostanie.
Druga sprawa, że wszystko działo się akurat w czasie, gdy przeżywałam swego rodzaju kryzys osobowościowo-emocjonalny. Chociaż może to kryzys wszystko zapoczątkował. A może był skutkiem? Ciężko powiedzieć. Tak czy inaczej, przestałam wierzyć we wszystko co do tej pory było oczywiste. Nic nie było pewne, bo ja sama nie byłam już pewna kim jestem. Nie wiedziałam do czego dążę, na czym mi zależy najbardziej, co jest ważne, jakie są moje cele i priorytety. W tej chwili brzmi to jak kryzys wieku średniego, do niczego nie doszłam, nic nie osiągnęłam, nie wiem dokąd zmierzam. Świadomość, że nie wszyscy są stworzeni do wielkich rzeczy i to nagłe olśnienie, że to ja jestem jednym z tych małych, nieudaczników, przeciętnych. Przestałam wierzyć, że jestem zdolna do uczuć. Było mi wszystko jedno. Tak jak z nim. Nie byłam zdolna go pokochać, może kiedyś, w dalekiej przyszłości, gdy wszystko byłoby już poukładane. Wiecie jak wszyscy widzą tą przyszłość, że wszystko się ułoży samo, że będzie po prostu dobrze. Ciężko uwierzyć, że dobrze już było.
Doszłam do wniosku, że już chyba do końca życia będę musiała udawać emocje. Uświadomić sobie coś takiego to na prawdę przykra sprawa. Nie byłam smutna, choć to dość przygnębiające żyć czując się jak za ścianą. Ale nie zależało mi. Nagle całe życie zaczęło mi się jawić jako zwykły kawałek pierdolonej drogi pełnej gówna, gdzie trzeba zatkać nos i po prostu przejść. To co teraz czuję to już nie jest to samo zagubienie. Chociaż, mimo wielogodzinnych ciężkich życiowych przemyśleń, nie doszłam do wniosku kim tak na prawdę jestem i nadal nie wiem czego mogę się sama po sobie spodziewać, tak więc nie mogę ufać sama sobie, pogodziłam się z tym.
W głowie ciągle mam chaos. W moim życiu nie ma nic pewnego, niczego na czym mogłaby się oprzeć. Wszystko jest nagłe i niespodziewane. I wszystko tak samo mnie jebie. Co by się nie działo, żyć trzeba dalej. Nikt nigdy nie dowie się co przeżywam wewnątrz, więc nadal mogę udawać, że wszystko jest ok. I tak przeżyję to moje życie.
Chciałam się tu po prostu wyżalić, sama przed sobą przyznać, że miałam problem i może nadal mam, ale teraz już przynajmniej wiem jaki. Wiem, że jestem suką i ranię ludzi wokół siebie, czasem robię to specjalnie. Jestem egoistką, robię to na co mam ochotę i nie przejmuję się uczuciami innych. Dobrze mi tak, że i on okazał się kawałem chujasa, żeby nie wydawało mi się, że zawsze będzie tak ja ja chcę. Zawsze byłam jak maxi king: z zewnątrz twarda, miękka w środku. Starałam się nie pokazywać prawdziwej twarzy, żeby nikt nie mógł mnie zranić. I polecam, bo w większości przypadków działa. Ciężko jest tak żyć, ale na prawdę się da. Każda porażka przybliża nas do sukcesu. Wiem, że kiedyś będę tak wyrafinowana i perfekcyjna w ukrywaniu prawdziwych uczuć, że manipulacja będzie moim hobby.










