
Źródło: użytkownik
Witam.
Ten kurewsko długi Wykurw będzie o tym co jeszcze niedawno spędzało mi sen z powiek i sprawiało że odechciewało mi się żyć i cały czas miałem ochotę komuś przypierdolić.Dziś jest już lepiej, jednak sprawa ta nadal niezmiernie mnie wkurwia.
Chodzi mi mianowicie o Polskie drogi, prawo jazdy i ogólną chujnię i trudności z transportem w Polsce. Nie, nie jestem z tych płaczków co to będą sapać że “znowu jebany kurwa egzaminator chuj mu w dupę mnie ujebał, kurwa uwzięli się jebane sępy na kasę i ujebują wszystkich”. Prawko mam już od 2 miechów zdane, udało mi się zdać za 3 razem(za pierwszym razem pierwsza jazda po śniegu jak była zawieja 1000-lecia i mój głupi błąd, za drugim egzaminator skurwiel – taka ciekawostka). Inna sprawa co się człowiek z tym jebaństwem nawkurwia i namęczy. Od razu piszę że ewidentnie NIENAWIDZĘ jeździć. Różni ludzie mają różne nierzadko śmieszne a nawet żenujące fobie, a ja nienawidzę i boję się jeździć czymkolwiek. Umiem jeździć rowerem i (teoretycznie) samochodem ale nienawidzę tego jak kaczyński tuska(celowo z małych liter). Wyobraźcie sobie więc moje wkurwienie w zeszłym roku, kiedy ciesząc się na wakacje (2 klasa technikum wtedy) dowiaduję się że przez wakację będę napierdalał godziny które trzeba przejeździć a tuż przed wakacjami czeka mnie 30h wykładów. Zaczęło się sympatycznie, bo rodzice zapisali mnie do jakiegoś mocno osiwiałego i łysawego dziadka(wyglądał na spokojnego) i w dodatku wykłady odbywały się w mojej szkole do której mam dosyć blisko, a jedna kursantka miała epickie cycki jak i ogólnie była niesamowita i “letnio” ubrana. Same wykłady nawet znośne choć jak to bywa z obowiązkowymi rzeczami nic konkretnego się z nich nie dowiedziałem. Wykłady zakończyłem i trzeba by było zacząć wyjeżdżać godziny.
I tu się kurwa zaczyna problem. Godzina taka i sraka, parking koło moich bloków. Ja cały zesrany i zestresowany, no ale nic. Koleś podjeżdża, mówi mi żebym siadał na miejsce kierowcy, tłumaczy kierunkowskazy, sprzęgło i inne gówna i rzuca “no to odpalaj i jedziemy”. “Chyba go pokurwiło na starość” – myślę sobie. Mówię mu po raz kolejny że nawet na rowerze kurwa jeździć nie umiem i że chciałbym najpierw na plac manewrowy(5 minut jazdy ode mnie) żeby w ogóle mi wytłumaczył co i jak i żebym sam to obczaił. Koleś mi że nie ma czasu na suche fakty bo 30h to mało a on mnie musi nauczyć jeździć. No dobra. Przy samym wyjeżdżaniu z parkingu na ulicę już parę razy rzucił teksty “kurwa jak ty jedziesz” “sprzęgło kurwa puść do cholery”. Jakoś przeżyłem i lżejszy o wypocone 5 kilo wróciłem do domu. Potem z mojej 30-tysięcznej miejscowości musiałem napierdalać do najbliższego Kalisza żeby nauczyć się jeździć po “wielkim mieście” i trasach jakie mogę mieć na egzaminie. Wszystko odkładałem możliwie jak najdalej wciskając jakiś kit że nie mam czasu/jadę gdzieś czy chuj wie co, bo jakbym miał to szybko wyjeździć to prędzej bym musiał do wariatkowa zapierdalać bo ochujałbym do reszty. Do tego 2 razy budziłem się rano w sobotę przed “Kaliszem” i dzwoniłem do kolesia że źle się czuję i nie mogę jechać tylko chyba do szpitala będę szedł, a rodzicom wciskałem kit że koleś odwołał jazdę bo ktoś nie mógł się stawić i ze mną samemu mu się nie opłaca jechać. W końcu wyjeździłem te pierdolone 30h.
I teraz kolejny problem – koleś nie chce mnie dopuścić do egzaminu “bo nie chcę żebyś mi zdawalność zaniżał, a i tak nie dasz rady i będziesz stwarzał zagrożenie na drodze”. Wytłumaczyłem mu dobitnie że jak nie spróbuję to się nie dowiem, a że zagrożenie na drodze stwarza 90% kobiet za kierownicą, no ale chuj tam, jedna jazda do Kalisza więcej mi nie zaszkodzi, pokażę mu że jeżdżę całkiem dobrze. Podczas tego dodatkowego wyjazdu dziadyga mówi mi ze jeszcze raz z nim pojadę do Kalisza to mnie zapisze. No dobra. Pojechaliśmy, mówię mu żeby mnie zapisał a ten stary palant że nie bo kurwa jeszcze muszę pojeździć i że mam mu udowodnić że umiem na “wewnętrznym” czy jak to się zwie. No niech mu będzie, jadę z 20 minut bez najmniejszych błędów (oczywiście on się kurwa czegoś uczepił, choć tak ewidentnie na siłę że aż się reszta kursantów dziwiła). W końcu dopierdolił się do tego że zmieniłem pas nieprawidłowo bo zajechałem drogę(500 metrów od ronda zmieniałem pas, a ktoś akurat z ronda zjeżdżał na nim, no kurwa faktycznie zajechałem jak cholera) i powiedział że mnie nie dopuści i że on ma na tyle honoru że jego kursanci nie będą mówili co on ma robić. O tym jego honorze to słyszałem od koleżanki która wymusiła na nim zapisanie jej chociaż jeździła nawet gorzej ode mnie(zdała za 1 razem). Wkurwiłem się powiedziałem rodzicom co o tym spierdoleńcu myślę i przepisałem się do babki którą polecił mi kolega.
Wbrew zapewnieniom tamtego pokurwieńca że nikt mnie do egzaminu nie dopuści ona dopuściła mnie i 2 razy spróbowałem. Myślałem że jak frajer z mojej klasy który po 10h jazdy prawie zaliczył czołowe skręcając koło mojej szkoły(z podporządkowanej na pełnej piździe wyjechał na lewy pas w dwukierunkową) zdał za pierwszym to i mi się uda. Po 2 nieudanych próbach zacząłem wątpić i jako osoba niezbyt wierząca w swoje umiejętności starałem się wykombinować coś żeby nie musieć tego zdawać, bo w to że zdam nie wierzyłem gdyż zawsze podczas egzaminu dopadał mnie ogromny stres przez co szło mi chujowo. Rodzice myślą że zdałem za 6 razem, choć zdałem za 3. Dlaczego? Bo tak się bałem tych egzaminów i jazdy że wolałem wcisnąć im kit że egzamin mam na 8-10 a wyjazd o 6-7 i połazić w chujowym mrozie od 2 do nawet 7 godzin niż iść na to kurewstwo. A te dodatkowe godziny co po 3 niezdanych są “wyjeżdżałem” podczas wizyt w soboty u kumpla. Tak wiem, jestem pojebany. W końcu przeczytałem jakie zmiany się szykują na 2012 rok, a że moja wkurwiająca matka lubi patrzeć jak cierpię i nie chce mi odpuścić pomimo wydanej kasy i braku efektów, to pomyślałem sobie że podejdę jeszcze raz i zapisałem się u babki. W dzień egzaminu byłem tak kurewsko zmulony chorobą i gorączką że na egzaminie się nie stresowałem bo po prostu jebało już mnie to wszystko i myślałem tylko o tym żeby to oblać i jechać już w pizdu. O dziwo zdałem bez żadnego problemu i to z egzaminatorem ogólnie uznawanym za kawał skurwysyna.
Happy End? Za chuja. Teraz po odebraniu prawka(84 zł na 5 lat bo wzrok mam chujowy i przez to za 5 lat będę musiał iść na badania i zabulić za wydanie tego gówna znowu – pierdolone formalności) nadal jest chujowo. Jeździć specjalnie nie umiem a rodzice zmuszają mnie żebym ich woził nie wiadomo gdzie i odbierał brata z treningów. Co prawda nikomu jeszcze nic nie zrobiłem, ale jeżdżę (we własnym mniemaniu) jak ostatnia pizda i specjalnie nie zdziwiłbym się gdybym wywołał jakiś wypadek.
Ale kurwa jeździć muszę! Nie winię specjalnie za to moich rodziców, bo obecnie bez prawka i samochodu większość ludzi ma przejebane i wiem że ojciec każe mi jeździć żebym przyzwyczaił się do tego co wg niego w życiu jest konieczne(a stara jak już wspomniałem lubi patrzeć jak cierpię). Po pierwszym obskoczeniu babć z których jedna mieszka na wsi a druga w innym mieście (z 40km drogi łącznie) muszę przyznać rację ludziom którzy narzekają na stan polskich dróg. W Kaliszu tego nie odczułem, bo tam to kurwa “metropolia” i rzadko gdzie nawierzchnia jest chujowa. Ale jadąc z mojej miejscowości do 2 tyś. wsi myślałem że jebnę na zawał. Z moim chujowym wzrokiem nawet w okularach boję się jechać tam gdzie nie ma pasu przedzielającego drogę(/jezdnię czy jak to tam się fachowo zwie), bo za chuja nie wiem czy jadę dobrze czy zbyt blisko prawej krawędzi lub środka, a przy tych ciasnych i dziurawych drogach przy każdym wymijaniu się z samochodem z przeciwka mam stracha że w niego jebnę. Czasem ciężko jest 50km/h jechać prosto, o “normalnych” prędkościach nie wspominając.
I pretensję o to że w końcu kogoś rozpierdolę, albo sam wjebię się do rowu miejcie do Państwa i tych speców, ministrów i armii urzędników oraz robotników którzy robią drogi tak żeby za rok musieć robić jeszcze raz. Gdyby miał jakiś wybór jechał bym wszędzie autobusem albo rowerem, ale tak to się kurwa nie da, bo autobusy mają jazdy tylko do najpopularniejszych miast i wsi i to raz na 10h, więc do pracy to tylko we własnym mieście(albo łap stopa/proś się jak ostatnia ofiara znajomych o podwózkę codziennie/przyjeżdżaj 2h wcześniej). Gdyby drogi były w znośnym stanie nie bałbym się aż tak na nich jeździć i może w końcu przyzwyczaił bym się do jazdy(może i do tego sera szwajcarskiego też się przyzwyczaję, ale potrwa to w chuj i jeszcze trochę). Żadnej alternatywy do chuja.
Problem ten znikł by gdybym mógł się usamodzielnić, bo że od urodzenia jestem leniwym chujem to gdybym w końcu przeprowadził się “na swoje” miałbym luz. Praca tylko na miejscu, a nawet jak 30 minut drogi to chuj z tym, przebiegnę się (bo jeździć nadal się dosyć boję). Jeździć nigdzie bym nie musiał bo jestem śmierdzącym no-lifem i wolałbym siedzieć w domu i napierdalać w LoL’a czy chuj wie co, a rodziców mogę ten raz na 2 tygodnie odwiedzić tym autobusem czekając godzinę na przystanku, bo raz na taki czas to można poczekać i cisnąć się jak bydło w wagonie podczas jazdy.
Ale tego też kurwa nie mogę bo bez znajomości, albo 30 lat studiów i 15 tytułów więcej niż 1,5k złociszy na rękę nie dostanę, a takie kwoty to można na waciki wydać, a nie rachunki+kredyt mieszkaniowy+żarcie o przyjemnościach już nie wspominając.
Ale dosyć już tego pierdolenia bo to temat na osobny wyKurw. Tym którzy przebrnęli przez te wypociny gratuluję wytrwałości i odblokowania achievmentu “No-Life”(bo kto mający życie ma czas czytać takie kobylaste teksty na necie?). Pozdrawiam i do zobaczenia innym razem.