
Źródło: użytkownik
Na wstępie napiszę, że jestem 17-letnim chłopakiem. Sprawa jest na tyle poważna, że od razu przejdę do konkretów. Chciałbym podzielić się z wami moją historią, poznać wasze opinie, skłonić do dyskusji, dlatego zachęcam do przeczytania jej w całości, bo napewno część z Was może mieć podobne problemy. Od czego by tu zacząć… Może zacznę od tych gorszych rzeczy – szkoła. Ludzie, nawet sobie nie wyobrażacie jak bardzo cierpię chodząc do szkoły. I nie chodzi tutaj o zwykłą naukę czy o “upierdliwych” nauczycieli. Bardziej mam na myśli klasę, z którą do owej szkoły uczęszczam. Nienawidzę tych pojebanych dzieci, wszyscy u mnie ćpają, piją i palą, a jeśli ktoś nie robi tego, co oni – od razu jest dyskryminowany. Dlatego praktycznie cała klasa, żeby się zaaklimatyzować zaczęła palić już od dawna, a teraz to już w ogóle są uzależnieni. Obecnie jestem w klasie średniej, ale nie chcę się męczyć z tą klasą tak długo. U nich zawsze jest tak, że w poniedziałek opowiadają sobie, jak to się zajebali w weekend i co odpierdalali. W ogóle się nie uczą, a wolny dzień przeznaczają właśnie na ćpanie i picie. Tak samo jest z imprezami. Dla nich zabawa bez alkoholu nie istnieje. Nie ma co się oszukiwać – nie należymy do tych narodów, które alkoholem gardzą. Żłopanie mniej lub bardziej procentowych cieczy wychodzi im całkiem dobrze i gdyby wlewanie w siebie alkoholu było dyscypliną olimpijską, z całą pewnością uplasowaliby się w ścisłej czołówce. No ale jak tak można wypić dla przykładu 8 piw, 2 butelki wódki i do tego jakieś wino? I to jeszcze nie będąc dorosłym? No kurwa ja tego nie potrafię pojąć, rozumiem wypić dwa lub trzy piwa, no ale taka mieszanka? No ludzie, bez przesady. Chyba istnieje jakaś impreza bezalkoholowa i w miarę kulturalna? Nie mam na myśli takiej bez przekleństw, bo sam czasami się denerwuję i bluzgam, ale bez wyzwisk, palenia, picia i ćpania, no kurwa! Będąc w gimnazjum, miałem naprawdę fajną klasę. Zawsze się dogadaliśmy, śmialiśmy się – jednym słowem było zajebiście. Miałem sporo kumpli i koleżanek. Nikt się nie wyzywał, a jeśli tak – to tylko na żarty z nutką uśmiechu. W gimnazjum moja klasa praktycznie nie paliła papierosów, tylko kilka osób, więc mi to nie przeszkadzało. Czasami umawiali się na imprezy, żeby wypić trochę alkoholu, ale też nie zwracałem specjalnie uwagi, ponieważ zawsze mnie zapraszali (a nie jak w szkole średniej, nawet pogadać nie chcą), a jeśli nie przyszedłem to nie byli wkurwieni i nie zadawali zbędnych pytań. Nikt praktycznie nie brał narkotyków, ogólnie świetni kumple, z którymi można było normalnie pogadać. Nigdy jakoś idealnie się nie uczyłem w gimnazjum, nie byłem kujonem – raczej na trójki i czwórki się starałem. Z resztą nawet jak ktoś kujonem był, to go lubili, zawsze pracę domową dał spisać, czy coś. A teraz to kurwa praktycznie nawet kontakty z gimnazjum się urwały i piszę może czasami z dwiema/trzema osobami. Dlaczego ja trafiłem na taką klasę w liceum? Może jest tak wszędzie? Nie ma nad czym tutaj deliberować, społeczeństwo tak się zeszmaciło, że teraz to nawet rodzice tych pojebów nie wiedzą do końca, co ich dzieci wyrabiają. A najgorsze jest to, że tych chłopaków w klasie jest niewielu i wszyscy z nich trzymają się razem. Taka mała konsolidacja. Nikogo do swojej “ekipy” nie włączają, dlatego często wybierają sobie jakiegoś frajera i go potem obgadują, wyzywają i tępią. Właśnie padło między innymi na mnie, a to strasznie mnie wkurwia, jak obgaduje mnie 5-6 osób i potem cała klasa się śmieje. No śmieszne, tylko że oni mocni są w grupie a w pojedynkę są praktycznie nikim kurwa, zerem! Nie mówię tutaj o tym, że chcę im konkretnie po kolei najebać, ale no nie wytrzymam tych kolejnych dziewięciu miesięcy szkoły, a co dopiero 2 lat (bo jestem w 2 liceum i zostały 2 lata do zakończenia edukacji w tej szkole…). Nadmienię, że ta szkoła w kraju ma praktycznie maturalną zdawalność równą 100%, z czego reszta zaledwie 60%. No więc przepisać się szkoda do innej szkoły, bo pragnę zdać maturę, a tak po prostu nie mogę siedzieć kurwa bezczynnie i słuchać jak mnie obgadują i wyzywają. Tym bardziej, że nie powiedzą mi tego prosto w twarz, tylko po cichu ze swoją ekipką pierdolą coś na końcu. Z nikim nie idzie z nowej klasy pogadać, każdy jest ekscentryczny i na rozmowę reaguje tak, jakby kurwa chciał a nie mógł. Dlatego rozmawiam praktycznie z 2-3 osobami z klasy tak normalnie, a reszta to kompletne szmaty. Pewnie sobie myślicie, żebym naskarżył nauczycielom czy pedagogowi szkolnemu – mylicie się, bo tylko ich nastraszy a oni są zbyt tępi, żeby cokolwiek zrozumieć. Jak widać, wbrew pozorom ciężko jest zrobić z głąba jednostkę myślącą. A tym bardziej nie polubią mnie, a jeszcze bardziej znienawidzą i będę wielkim obiektem ich kpin, więc “zakolegowanie się” po pierwsze graniczy z cudem , a po drugie nawet nie mam zamiaru się z nimi zadawać. Z takimi zjebami? I może jeszcze mam palić trawkę, marihuanę czy pić litry alkoholu? Wybaczcie, ale ten pomysł nie przypada mi do gustu, nie mam zamiaru się najebać jak szpadel, by zyskać znajomych… Oczywiście nie wszyscy mnie tak obrażają, ale napewno są to chłopacy i kilka dziewcząt się bez niczego z tego śmieje. A reszta to tak dyskretnie. Wiem, że nie wolno zamknąć się w sobie i odseparować od innych, bo człowiek zdziczeje, ale no co mam zrobić jak kurwa te jebane lamusy mnie obrażają, a potem cała klasa się naśmiewa? Tym bardziej, że nie mam żadnych wad, może dlatego, że z nimi nie piję, nie pojawiam się na imprezach (bo nie lubię) i że dobrze się uczę? Kurwa! Uczę się, żeby kiedyś nie zapierdalać przy łopacie jak te matoły. I mam nadzieję, że kiedyś wyśmieję się im prosto w twarz jak zarobią marne 1000zł na budowie czy gdzieś, gdzie zarobki nie dają najmniejszej nawet satysfakcji. Szczerze, czasami to tak mi nerwy puszczają, że chętnie wybrałbym się tam, gdzie wegetują te elementy i bym ich tam rozniósł, ale kurwa mam świadomość, że jak jebnę jednemu to go uszkodzę, a drugi ucieknie do nauczyciela czy jak. Po co mi kłopot? Tylko rodzicom zmartwień narobię, ale widząc tych pajaców to naprawdę chuj mnie strzela na miejscu. Pewnie i tak nie są tego warci jeden z drugim… Ja w gimnazjum miałem zawsze dużo znajomych, a teraz jak zagadam do kilku osób no to kurwa każdy nie ma czasu albo gdzieś wyjedzie. Praktycznie siedzę w domu przed komputerem czy na TV albo ewentualnie wyjdę pojeździć na rowerze, co bardzo lubię. No nie wiem czy jest sens męczenia się z całą klasą i wysłuchiwania tych bluzg pod moim adresem czy do chuja zmienić tą szkołę na inną w mieście lub poza miastem i koniec. Z resztą najlepiej byłoby od razu w tym czy przyszłym tygodniu zmienić szkołę, bo potem to muszę zaliczać materiał i najlepiej przenieść się od razu, no ale mam problemy – rodzice kiepsko wiedzą o tym, że mnie wyzywają te jebane lamusy w klasie, tylko tyle wiedzą, że klasa mi się nie podoba… Poza tym kwestia dojazdu czy zamieszkania w razie czego w innym mieście to też wydatek. No a rozmowa z nauczycielami nie wiem czy coś da, chyba że od razu do pedagog, która jest kuratorem sądowym również, pójść i pogadać. No ale co ona zdziała? Nie wiem, jak z nimi pogada to od razu mnie znienawidzą (baa, może nawet będą się bić chcieli zjeby), chyba że jakoś dyskretnie to zrobi. Rodzicom mogę powiedzieć w sumie o wyzwiskach ale nie wiem czy mnie przeniosą do innej szkoły – wiem, że oni bardzo chcą, żebym dostał się na studia i gdyby nawet szkoła bardzo mi nie odpowiadała – to mnie mogliby przepisać. Tylko rodzą się tu kolejne kwestie… Tutaj mam już dobrych nauczycieli dobrze przygotowujących uczniów do matur, to dlatego jest tak duża zdawalność, a nie wiem jak jest w innych szkołach – no kurwa, muszę zdać maturę, tym bardziej, że nauczyciele tutaj mnie lubią i między innymi o to też zazdrośni są moi “koledzy” z klasy. Z resztą oznajmili, że oni to matury zdawać nie będą, bo przyszli tylko się tu pośmiać z kolegami. Ja pierdole, jak można pójść do szkoły średniej za kolegami? Przecież to jest otwarta droga na studia, po których można mieć przyjemny i dobrze płatny zawód, no kurwa! Poradźcie mi coś na temat tych debili z klasy, bo ja już nie wytrzymuję. Chcę mieć klasę jak dawniej, jak w gimnazjum – lubiącą się, szanującą… Kurwa no a moja obecna klasa jest jakaś niezrównoważona psychicznie, bynajmniej większość. No a kilku członków tejże społeczności klasowej to już totalne dno, odrzutki – zdemoralizowane, uzależnione i ludzie po prostu niereformowalni. Nawet sięgałem porad psychologicznych w necie, ale połowa z nich, jak darmowa, tak zjebana. Nikt nie pomoże, nikt nie odpisze – a ostatnio na napisany na jakieś kurwa 6000 słów, odpowiedziała mi jedna psycholożka: “polecam psychoterapię”… No kurwa, to jest już szczyt, po chuj skończyła tę psychologię? No chyba po to, żeby pomagać ludziom, a nie ograniczać się do jednego zdania, które w niczym mi nie pomoże… Co ja kurwa mam robić? No dobra koniec pierdolenia o tej szkole bo mi się już słabo robi. Mam tylko nadzieję, że pokonam tę jebaną klasę i zrobię jakoś porządek – a wy mi w tym pomożecie.To teraz może z innej beczki, mniej nieco wkurwiający temat, ale jednak trochę mnie denerwuje. Moi rodzice – mimo, że bardzo ich kocham i oddałbym za nich wszystko, czasami mnie… wkurwiają! Po prostu, kurwa! A kto by się w tych czasach nie skarżył nawet o byleco na rodzinę? Ostatnio, wyobraźcie sobie, stoję przy oknie w domu (tj. kuchnia), tata leży sobie na TV w stołowym, brat w pokoju, a ja z mamą w kuchni. No i, jako że jestem miłośnikiem sportowych motocykli (czyt. ścigaczy), to bardzo się ucieszyłem i skomentowałem – bo właśnie podczas, gdy mama robiła obiad, ja ujrzałem go, gdy wyjechał nagle zza rogu. Mówię sobie: “Matko, piękny ten motor…”, a mama oczywiście na to: “słyszałeś ostatnio o wypadku motocyklisty?”… No właśnie kurwa, a potem mówiła, że nigdy mi ścigacza nie kupi. Ja rozumiem, że się o mnie troszczy i zawsze chce mieć mnie całego w domu, przy sobie, no ale te komentarze chociaż by sobie darowała skoro wie, że ja lubię motory. Wiem, że nie kupi mi go nigdy, ale ja sam postaram się na niego zarobić, mimo wypadków, które w 80% powodują kierowcy “katamaranów” (czyt. samochodów). Strasznie mnie wkurwia, jak ludzie mówią, że motocykliści to dawcy organów. Rozumiem, jest sporo motocyklistów, którym droga myli się z torem wyścigowym, ale napewno nie są to wszyscy i stawiam się w obronie przed motocyklistami mimo że mam zaledwie 17 lat i ścigaczem nie jechałem nigdy, nawet jako pasażer. Myślę, że wszystko jest tutaj jasne. Dalej – moi rodzice również wkurzają mnie tym, że często jak mam czas wolny, to zamiast powiedzieć, żebym wyszedł gdzieś się przejść czy pograł na komputerze, to kurwa mam iść do nauki, lektury czy chuj wie czego co związane ze szkołą. Ja rozumiem, że nauka jest ważna w życiu i sam chcę się uczyć, ale non stop przy każdej wolnej chwili, nawet żartem – po prostu wkurwią mnie tym powiedzeniem o nauce, no ale co zrobić? Nic, po prostu uczyć się, ale muszę mieć do tego dobre warunki, tj. dobrą klasę, bo wszystko inne mam. A o wypowiedzianych przed chwilą delikwentach się już rozpisałem, więc nie ma o czym mówić, bo szkoda gadać. Kolejna rzecz, również z rodzicami, powiązana jest z moim bratem i rodzicami. Mam młodszego brata, który w sumie mieszka tu jak w niebie. Nic nie robi, siedzi i gra tylko, ogląda sobie bajki mimo, że chodzi do gimnazjum (1. gim). Uczyć się też raczej nie uczy, bo słabo mu to idzie, w porównaniu do mnie (nie kujon, ale staram się). Ale bardzo wkurwia mnie to, że… Dobra moment. Najpierw powiem, że rodzice są u nas spoko, każdy kocha jednakowo, nie ma bardziej i mniej, wiecie o co chodzi. Ale wkurwia mnie to, że mój młodszy brat to zawsze przed czymś umknie, tzn. skoro jestem starszy, to zawsze wina spada na mnie, zawsze ja muszę poodkurzać mieszkanie, zrobić kawę rodzicom, pójść do sklepu czy coś innego. Ogółem mam przejebane, ale jeszcze lepsze jest wiecie co? Ano to, że mój młodszy braciszek dostaje kurwa więcej niż ja. Bynajmniej ja mam takie wrażenie. No kurwa słuchajcie tego: zawsze jak byłem młodszy, nie dostawałem jakichś wielkich zabawek i tego typu rzeczy, a mój brat oczywiście namówił zawsze rodziców na jakieś drogie prezenty a ja chuja miałem. Później mu się szlafrok zachciało, “bo ładnie wygląda”, kurwa. No to mu kupili z większym już naciąganiem. A jest jeszcze taka sprawa, że kiedyś dostałem komputer na komunię i graliśmy na nim razem z bratem, nie było mowy o tym, że ja mu grać nie dawałem, po prostu nie było takiej kurwa opcji. Jak mnie wkurwił i mu zakazałem gry, to poleciał do rodziców i zaskarżył – i co? I już sobie siedział ile chciał cholera jasna! A ja zawsze miałem marzenie mieć skuter, i co? Dostałem go? Zgadliście, oczywiście, że nie…! Pragnąłem i nadal pragnę keyboard (organy) warte jakieś 4000zł, bo przecież chyba mam do tego prawo co? Skoro on miał tyle prezentów to czemu nie ja? No ale oczywiście nadeszło Boże Narodzenie i tylko modliłem się, że z listu do Św. Mikołaja (tak wiem to śmieszne xD) wyniknie coś ciekawego. No ale kurwa rodzice przynoszą pudła do domu, ja już uradowany: “będzie keyboard” sobie myślę… A tu co? Kserokopiarka, którą używam praktycznie raz na miesiąc i to jeszcze nie dla siebie, tylko żeby innym z klasy przeskanować lekcje (właściwie nie wiem po co to im robię…). A zgadnijcie co dostał mój braciszek… A no kurwa dostał laptopa, o którym zawsze marzył. Kosztował około 4000zł, a co z moim keyboardem? A no nic, pieniędzy już nie ma. Ale zawsze brat był skąpy, mimo że młodszy to przecież nie będę go napierdalał, tylko po prostu nie dawał nikomu na nim grać, jak miał zabawki to też zawsze sam – bo tak chciał. A ja zawsze chciałem z kimś, ale przecież kumpli miałem zaledwie kilku… No szlak mnie wtedy trafił i czekam aż do teraz na ten ukochany keyboard albo chociaż bym uzbierał sobie kasę na ścigacza czy coś innego, a ewentualnie rodzice by mi dopłacili. No ale pewnie tak też się nie stanie bo kochany braciszek zażyczy sobie coś jeszcze! Nosz ja pierdole, bez przesady… Ludzie, ja już dostaję na mózg, który powoli siada i się rasuje od debilnych pojebów z mojej klasy, czasem (podkreślam, czasem!) przez rodzinę, no i ogólnie. Chciałbym mieć jakiegoś dobrego kumpla, z którym by się wyszło bez problemu pogadać, połazić po mieście czy wypić z 1-2 piwa (nie więcej, nie chodzi mi tu o to, że jestem jakimś idealnie grzecznym dzieckiem i nie piję, bo się boję, przecież nie raz się wypiło trochę alkoholu będąc młodym – po prostu jak widzę jakiegoś pijaka, jak leży albo ekipę palaczy czy coś – no mam ochotę podejść i wyjebać niejednemu takiego porządnego dzwona, żeby się obudził i zaczął normalnie funkcjonować). Myślę, że zawarłem tutaj wszystko, co mnie wkurwia i naprawdę, jest mi lżej, a jednocześnie nadal ciężko – przez pierdoloną szkołę, w której ci delikwenci schodzą na psy, a ja podupadam na duchu. Czasami słucham dobrych piosenek, które na tym duchu podnoszą ludzi, na przykład piosenka “Grammatik ft Fenomen – Marzenia” jest bardzo fajna i to niczym poezja, Eldo i Gramatik to jak Mickiewicz i Sienkiewicz – poeci, ale w piosenkach. Słucham ich i daje mi to dużo do myślenia, daje siłę, by przetrwać kolejny dzień w szkole z dala od wyzwisk itd. Polecałbym każdemu znalezienie kilku fajnych hip-hopowych jak i innych piosenek, które naprawdę mają w sobie jakiś przekaz i zmieniają ludzi na lepsze. Myślę, że należy mi się jakaś rekompensata za to zgorszenie w szkole czy jak, chcę czuć się wyemancypowany (wyzwolony) i w końcu zyć jak człowiek bez problemów i ciągłego mówienia w domu pryncypialnym tonem, wkurwiając się na społeczność szkolną. Wiecie, tutaj jest taka ambiwalencja, bo chcę się uczyć, ale jednocześnie nie chcę chodzić do szkoły ze względu na tych “marginesów społecznych”. Czuję kurwa apatię i nie mam pojęcia co zrobić dalej. Dlatego wysuwa się konkluzja – proszę wyobraźcie sobie moją sytuację i jakoś mi pomóżcie, bo kurwa nie dam sobie rady! I tak jestem dumny, że w miarę tekst jest spójny i trzyma się kupy, bez większego przeklinania i wyładowywania się. Ok, na dzisiaj to chyba wszystko. Nie rozpisuję się więcej bo zaczynam już widzieć podwójnie… Zatem to już finito, mam nadzieję, że mi pomożecie i wypowiecie się pozytywnie co do tego wykurwa, bo pewnie część z Was ma podobne problemy.
Dziękuję i pozdrawiam serdecznie!