Archiwa | Szkoła

Nie ma dla mnie pracy i miejsca na tym świecie

Źródło: użytkownik

Od dłuższego czasu mam jebane obawy na temat mojej przyszłości. Renomowane LO i takie tam chuje-muje, dobre wyniki, a ja nie wiem jak ma wyglądać moja przyszła praca i całe życie.

Napierdalamy. Najpierw preferencje osobiste. Na maturze będę zdawał zestaw – rozszerzona hista, WoS, polski i angol. Wybitnie humanistyczne, no ale cóż. Taki się urodziłem, do przedmiotów ścisłych jakiś wstręt i tępota dziwna, stokroć wolałbym studiować jakiś ścisły kierunek i mieć:
-poczucie że będę miał pracę
-dużo kasy
-respekt
-poczucie że jestem potrzebny, bo robię coś konkretnego.

Ale nie. W planach mam taki nudny i przyziemny kierunek jak prawo, bo nic innego nie jestem w stanie wymyślić! Kurwa, drugiego tak sprzecznego wewnętrznie jak ja to chyba nie ma! Testy preferencji zawodowych wykazują mi najwyższy poziom predyspozycji do zawodów typu A, czyli artystycznych, a niewiele niżej językowych. Najgorsze jest to, że jestem raczej introwertykiem, domatorem itp., z temperamentu typowy melancholik, wolę pracować indywidualnie. Z zainteresowań gry komputerowe, Internet, militaria i nic więcej. Polityka, ekonomia, gospodarka – nie obchodzą mnie specjalnie. Chociaż zdaję WoS, to robię to tak z przymusu raczej, bo nie interesuje mnie to wcale. No ale cóż, chcesz się na to jebane prawo dostać, to musisz.

Nie pasuję do żadnego zawodu! Niby humanista, a unika ludzi. Lubi komputery, grafiki, Internety i inne takie chuje muje, zrobił własny filmik na YouTube (nie, nie kaszankę z Ivoną :P ), nakurwia z umiłowaniem swoje misje w edytorach gier, czyta CD-Action.
Mam zdolności artystyczne, i co z tego? Nawet nieźle rysuję, potrafię dostrzeć artyzm, że tak powiem, jakiś taki zmysł estetyczny mam. Najchętniej by został jakimś twórcą gier/ich recenzentem, ale w pierwszym wypadku nie pójdzie na żadne politechniki, a w drugim brak mu jaj i siły przebicia. Jednostka tak nie przedsiębiorcza, że chuj.

Matko święta, tacy jak ja mają już na starcie dwa razy trudniej. Co ja mam kurwa za studia wybrać, a potem jaką pracę? Jaką szansę mam na zostanie prawnikiem bez prawniczej rodziny? Zresztą ten zawód i tak mnie nie interesuje specjalnie, idę na to dlatego, że to jedyny humanistyczny kierunek, który ma jakiś sens. I dużo zarabia się potem, oczywiście jak już znajdziesz tą jebaną pracę, co w moim przypadku zajmie pewnie parę lat. Mam zmarnować ćwierć życia na edukację, aby potem nie mieć pracy/robić w czymś, co mnie nie satysfakcjonuje?

I jeszcze te wszystkie ludzkie chujowate cechy, z którymi niechybnie będę miał do czynienia w takim zawodzie jak prawnik. Hipokryzja, zakłamanie, szacunki, hierarchia, przybieranie masek…..

Kto weźmie do roboty kogoś takiego jak ja? Z takim ryjem jak ja? Przecież jak spojrzą na moją twarz to od razu zrezygnują.

Nie mam złudzeń i wiem, że tylko jakiś normalny kierunek, a potem dużo własnych starań zapewni mi pracę. Muszę mieć pracę, aby spierdolić jak najszybciej z tego obrzydliwego gniazda, jakim jest mój dom rodzinny.

To życie tak mnie rozpierdala psychicznie, nic mi się nie chce. Znów cały miesiąc bez kasy, bo wszystko (czyli 60 zł) pójdzie na koszulkę. Starzy mi nie kupią, ich chuj obchodzi, że nie mam. Uważają że jeszcze mogę chodzić w tych starych, za krótkich, jebana ich mać. Łeb mnie boli co weekend, z niskiego jak chuj kieszonkowego muszę sobie po kryjomu tabletki przeciwbólowe kupować, bo rodzice zabraniają mi ich zażywać (!), choćby mi łeb pękał cały dzień. Każdy weekend w tym smutnym jak pizda domu, sam, nie ma do kogo ryja otworzyć, bo rodziny nienawidzę, kolega jeden raptem tu mieszka z którym można sensownie pogadać, ale przecież mu nie opowiem o tych wszystkich moich rozterkach.
Najchętniej bym zajebał tą całą rodzinę, może poza bratem. Tak ich nienawidzę wszystkich. Jeden granat albo seria z kałasza. Tylko kto mnie będzie utrzymywał?

Jakieś porady zawodowe macie dla mnie? Tylko nie jakieś ogólniki, bo tych się naczytałem w necie już w chuj.

Kategorie: Ludzie, Praca, System, Szkoła21 Komentarzy

Seria niefortunnych zdarzeń

Źródło: użytkownik

Witam po raz kolejny.

Ogólnie rzecz biorąc tak jak większość ludzi wkurwia mnie tyle rzeczy, że mógłbym o tym pisać na okrągło przez ładnych parę lat, ale tym razem napiszę o tym o czym mówi tytuł. W kwestii wyjaśnienia – tak tytuł zainspirowany jakimś tam lemony snicketem i filmem o tej samej nazwie, bo choć filmu nie oglądałem to tytuł pasuje idealnie.

Żeby nie było za nudno i sztampowo zacznijmy od dupy strony i zamiast wkurwiać się i jebać system na 300% zacznijmy od pochwał i radości.

Chyba każdy to zna. Z początku wszystko idzie całkiem dobrze, ba nawet zdarzają się czasem jakieś mocno pozytywne zdarzenia i doznania. Wszystko się układa,  uśmiechasz się tak sam z siebie i jesteś świetnie nastawiony. U mnie przykładowo wygląda to czasem tak:

Dzień 1. Euforia.

Po całkiem przyjemnych i irytujących mniej niż zwykle lekcjach z których te najgorsze poprzepadały wracam ze szkoły,  jem świetny obiad którego jest akurat tyle ile być powinno(brak głodu lub potężnej ciężkości i ospałości po przeżarciu), szybko robię zadanie, które wbrew wcześniejszym domysłom nie było takie trudne, kretyńskie(przepisz podręcznik do zeszytu) i długie. Siadam do komputera, wszystko pięknie ładnie, pomimo tego że sprzęt zaczyna się jebać(jak to każdy par0letni komp). Będąc na kompie chwilkę przeglądam internet, włączam LoL-a i gram z randomami(random-losowy gracz, bez jakichś “skajpów” czy “tim spików”). Jea, 5 wygranych pod rząd, piękne mecze wygrane głównie dzięki mojej inicjatywie i jak na randomów naprawdę niezłym zgraniu. Wyłączam komputer, robię coś innego, lub wychodzę się przejść na spacer, lub do sklepu albo i jedno i drugie. Wracam trochę ćwiczę lub mocno napierdalam na stacjonarnym rowerku,  kąpię się, robię i jem kolację o ile jestem głodny. Potem włączam kompa, gram z jedną/dwie gry które nawet jeśli przegrywam nie jestem zły bo były wyrównane i ciekawe. Przeglądam internet. Wow niesamowity filmik/amv na YT, jakiś naprawdę genialny obrazek na kwejku. Dużo nowych rzeczy na głównej kwejka, mistrzów, nawet demoty coś tam wrzuciły, w dodatku na naprawdę wysokim poziomie a nie jakieś czerstwe dowcipy o ibiszu czy 15 obrazków o Lepperze i pani Amy “sama zjebałam sobie życie, a teraz mnie czczą” Winehouse. Same nowe i ciekawe rzeczy, lub coś co sprawia że rosną moje morale, bo ludzie doceniają coś naprawdę dobrego o co bym ich nie podejrzewał(przejawia się to zwykle masą fejsowych “you like this bitch!” pod obrazkiem na kweju) takich jak np. świetny polski komiks K.O.P.S, genialne paski z garfieldem, miażdżące anime Death Note czy też cholernie dobry zespół P.O.D  .  Słuchając genialnej piosenki z amv które w dodatku jest niesamowicie zmontowane(czyli nie – popularna piosenka będąca w co 5 amv na YT lub jakaś techno wixa z kiepsko zlepionymi scenami z jednego.max 2 odcinków z czegoś tam bez składu i zgrania z muzyką, tylko – świetna ale nieznana mi dotąd, lub zapomniana piosenka z niesamowicie skleconym filmikiem który idealnie się z nią komponuje) czuję się szczęśliwy, a wszystko wydaje się takie proste. Zagadać do interesującej i ładnej dziewczyny? Hahah, easy. Mam w głowie masę planów, z których spora część mogła by dostać nobla jeśli istniała by kategoria “zajebiste pomysły”. Myślę sobie co będę jutro robił, oraz planuję że w końcu zupgrejduję kompa(LoL potrafi się przyciąć na średnich, a parę lat temu crysis w najwyższych chodził jak marzenie), będę regularnie ćwiczył oraz kupię gitarkę i spróbuję nauczyć się grać. Przypominam sobie jakieś gierki, mangi czy filmy które powinny być świetne i planuję że zacznę w nie grać/je przeglądać/oglądać. Jestem tak przeładowany energią że co parę chwil wstaję od komputera i przechadzam się po pokoju i robię kilkanaście pompek. Wyłączam komputer i próbuję zasnąć, co wcale nie jest takie łatwe bo następne genialne pomysły i plany co by jutro zrobić cisną się do łba. Mimo tego zasypiam sam nawet nie wiedząc kiedy.

Dzień 2. Zwątpienie.

Budzę się, nie jest źle. Coś tam z wczorajszych planów pamiętam, ale rzecz jasna te mega uber plany z którymi miałem zawojować świat pozapominałem. Idę do szkoły. Niby same niewymagające lekcje, ale nic nie przepada i trzeba przesiedzieć te 8 godzin lekcyjnych. Wkurza to że dziś już nie błyszczę aż tak jak wczoraj. Tak to jakoś jest że kiedy jestem wkurwiony lub mam po prostu dobry dzień jestem mistrzem ciętej riposty, znam zyliard genialnych anegdot i opowieść i mam tyle tematów do rozmów, że aż czasu brak. Po takim dniu przeważnie nazajutrz jestem przesadnie wesoły i poziom moich tekstów spada, oraz ciężko mi się gada bo nie wiem o czym by tu rozmawiać. Słońce daje popalić, ale na szczęście nie ma wf-ów to jakoś da się przeżyć. Wracam do domu, jem całkiem niezły obiad, i lecę do esencji mego życia zwanej komputerem. Pykam do coś koło 5, potem kładę się na tapczan i zmulony kimam/leżę do ok. wpół do 7. Cholera, trzeba by odrobić lekcje. No nic dużo tego nie było, pół godzinki i z głowy. “Pół godzinki” mija koło wpół do 9, potem robię sobie szybką kolację, jem i jest 9. Dłuuuga gierka przegrana przez fakt że moja drużyna to tchórzliwe cipki uciekające pomimo przewagi liczebnej, oraz nie potrafiące zrozumieć że lepiej sprzątnąć w sekundę 2 przeciwników niż wywalić całe combo na tanka(takie wytrzymałe bydle które nie zadaje przeważnie za dużych obrażeń) który i tak przeżyje, a jego drużyna zniszczy nas bo wysraliśmy się większości spelli(zaklęcia ofc). Parę stronek, jakiś krótki filmik i jest 11. Kurwa, znowu nic konkretnego nie zrobiłem. Dodaję zakładkę jakiejś mangi którą miałem czytać i poradnik do przyspieszania kompa który po paru linijkach brzmiał obiecująco. Idę spać. Leżę, leżę, leżę, leżę. Gorąc nie daje usnąć, ale przynajmniej komarów nie ma. Zachciało mi się pić, bez wstawania z wyra sięgam łapskiem po butelkę z wodą którą prawie zawsze mam przy biurku. Leżę, leżę, leżę. Cholerne picie, teraz zachciało mi się lać. Wstaję, człapie do kibla i klękając przy desce leję po ciemku(co by nie ocipieć od światła i reszty domowników światłem, i chlupotem od lania w wodę oraz spuszczaną wodą nie budzić). Wracam do wyra, po drodze patrze na zegar – pierwsza ileś tam. Znowu jutro będę ledwo żywy. Leżę jeszcze długi czas, ale w końcu jakoś zasypiam.

Dzień 3. Kurwa.

Wstaję po wpół do 8, z klejącymi się oczami człapię do kuchni. Matka musiała dosrać jakąś wielką skibę chleba albo 2 kanapki z jednej bułki, choć wie że z moim tempem porannego jedzenia nie zjem nawet połowy. Rzecz jasna bez pierdolonej kłótni o to się nie obejdzie. Nic to że siedzę cicho i wpierdalam to nijakie coś jak najszybciej by zostawić jak najmniej. I tak musi pierdolnąć te swoje mądrości że “co to, ja jedzenie będę wyrzucać?” lub “wy to już za dobrze macie, głodu wam trzeba” i standardowe zdanie za po którym chuj mnie strzela nawet jeśli tego po mnie nie widać – “to trzeba było wcześniej wstać, albo samemu sobie zrobić” – kurwa, a nie można było przed robieniem tych cholernych kanapek i paroma innymi czynnościami mnie obudzić, to może zjadłbym sporo więcej, albo powiedział ile chce? I ile razy do kurwy nędzy mam temu babsztylowi powtarzać że ma mi śniadania nie robić bo prawie zawsze robi za dużo, a jak zrobię sobie sam to nie dość że raczej zjem to co zrobię(bo wiem ile zjem), to jeszcze mogę machnąć to, na co mniej więcej mam ochotę(ten ciężki wybór zimne mleko+płatki or chleb+masło&obkład). Szybki wybór jakichś losowych ciuchów, i wiązanie butów z “ciekawe, że ty się do szkoły nie spóźniasz” oraz innym irytującymi tekstami rodzicielki w tle. Dobra, jakoś dotarłem do mojego zajebistego jak jogurty po przecenie technikum. Lekcje dłużą się na tyle mocno że zastanawiam się czy nie liczyć w myślach sekund żeby mnie czas w chuja nie robił. Z najbardziej prostackich i spokojnych lekcji ładują kartkóweczki i inne pierdoły. Ach, no tak dzisiaj 2 sprawdziany + “kartkówka, ale liczona jako sprawdzian”, bo paru spierdoleńców musiało wszystko poprzekładać, a teraz narzekają że 10 sprawdzianów w tygodniu. Nauczyciele też dają dupy. Dają się dymać i bajerować i przekładają te sprawdziany przez miesiąc, a jak naprawdę jest ich nawalone od chuja i trochę to nagle ni chuja nie przełożymy, bo już za długo było przekładane, no i (I LIKE THIS SO FUCKING HARD) w dzienniku nic nie jest zapisane(uwielbiam to przekładanie sprawdzianów “dobra to dziś nie, ale w środę piszemy. O, macie jakiś sprawdzian to ja wpisze to jako kartkóweczkę/nie wpiszę wcale ale zapiszę w swoim zajebistym zeszyciku”). Ale zanim sprawdzianiki, to matma z nasza najzajebistszą panią wychowawczynią. Kompletnie nie wiem co się kurwa dzieje. 2 dni wcześniej na luzie sam na tapczanie słuchając muzy robiłem zadania i tłumaczyłem w klasie tym którzy nie wiedzieli jak to zrobić. Dzisiaj jakiś dział z gwiazdką(rozszerzona matma), o dziwo niby w miarę prosty. Ale ni cholery, ja nic nie rozumiem. Kolesie którzy szukając gierki na informatycznych, jak powiesz im capoeira fighter piszą w googlach na poważnie “kapojera fajter”(capoeire rozumiem – wiadomo, ale w 3-4 klasie technikum pisać kurwa “fajter” na poważnie?) coś tam rozumieją i wiedzą chociaż jak się do tego zabrać, ale ja NIC kurwa z tego nie rozumiem. Oczywiście żeby nie było za przyjemnie wiedźma przegląda sobie dziennik(mając w dupie to jak jest robione zadanie co często prowadzi do tego że po pewnym czasie ktoś zauważa błąd który pierdoli 3/4 obliczeń) i będąc ślepą na osoby których częściej nie ma niż są(a akurat są w klasie i można by ich opierdolić, a są z tych którzy nie mają wyjebane na to czy przejdą z klasy do klasy), skupia się na tym że jej “kochany Piotruś” odpuścił sobie jedną ostatnią lekcję tydzień temu. Nie wiedząc czy tym niektórym patafianom z klasy uda się przełożyć jedną jebaną lekcję która miała być na 8 godzinie lekcyjnej a chcieliby żeby była na 6(gość jeszcze nie przyjechał do szkoły) poszedłem sobie myśląc że i tak pewnie coś tam nam gość przez telefon zada i oleje nas, lub że lekcja będzie na tej 8 godzinie a nie mam zamiaru jak jakiś kretyn czekać 3 godzin lub wracać do domu na godzinkę by zapierdalać znowu do szkoły kiedy za niedługo wakacje. Fakt że kilka osób spierdoliło w połowie zajęć albo nie było ich już od tygodnii a nie mają usprawiedliwień, bo niedługo wakacje i leją na wszystko pomińmy. Dlaczego cię nie było? No kurwa. Wakacje się zbliżają, połowę uczniów widzi okazyjnie, ale doczepi się do mnie. I co niby mam tej głupiej cipie odpowiedzieć? Kończy się tym, że albo milczę przez x minut jak debil, albo przyznaję że nie chciało mi się czekać i poszedłem do domu(oczywiście po potwierdzeniu że nie miałem na to pozwolenia rodziców i usprawiedliwienia nie przyniosę). Po każdym takim zdarzeniu(zdarza się bardzo rzadko, ale jednak) dochodzę do wniosku że lepiej “zaspać” i przyjść na 5 lekcję, lub nie przyjść wcale i wcisnąć jakiś bajer niż odpuścić sobie jedną lekcję pod koniec, bo o takie coś wszyscy dopierdalają się bardziej. Oczywiście wiedźma uśmiecha się z satysfakcją i pierdoli coś o tym co mi zrobi, oraz coś tam o telefonach do rodziców. Spierdalaj na jakiś sabat czarownic, a nie sobie kozła ofiarnego szukasz. Żrę się z tą pojebaną parodią nauczycielki od 3 klas, bo po prostu nie pozwolę wrednym babom które myślą że wszystko im wolno wleźć sobie na głowę, lub grzecznie potakiwać na ich wyzwiska, groźby i kpiny których nie odważą się powiedzieć “cięższym” uczniom bo skończyłyby z koszem na głowie i obolałym dupskiem. Jak pozwolisz takiej tępej cipie pomiatać tobą jak chce, lub ją zignorujesz to będzie jeszcze gorzej. Utwierdzisz to kurwa coś w tym, że ma rację i że jest bezkarna i wszechmocna. Popierdoli, popierdoli, zada od chuja rzeczy na dzień następny i postraszy że sprawdzi(tak, pewnie tego nie zrobi, ale a nuż ruszy dupsko i zacznie te swoje monologi, to po co dawać jej kolejny powód do pierdolenia i siania terroru?). Dobra, czas na jakiś chujowy sprawdzian o dupie Maryni i ulubioną lekcję każdego nolajfa i nerda – wf.  Jestem z tych ludzi którzy pocą się jak świnie nic nie robiąc, więc gdy imituję grę w piłkę, w pełnym słońcu przy 40-stopniowym upale leje się ze mnie strumieniami. Potem przebieranie się w szatniach i typy na korytarzach robiące hałas i puszczające jakąś wixę oraz ZAWSZE kurwa komentujące na cały głos zapach w szatniach(Bo przecież jak oni wychodzą to pachnie kurwa kwitnąca łąką). Wychodzę z tej pierdolonej szatni z ciuchami przyklejonymi potem do ciała, z kurewsko tłustymi włosami i czołem, oraz okularami ujebanymi jak po zapasach ze świniami. Przechodząc koło dziewczyn do których w dniu 1 miałem plany zarywać czuję się jak jakiś jebany menel, oraz przypominam sobie że parę dni się nie goliłem i mój zarost wygląda chujowo. Mając przekonanie o swojej żałosności i szpetności wbijam wzrok w podłogę i zwiększając tempo popierdalam do klasy. Teraz drugi sprawdzianik. Dodajmy do faktu że od rana byłem rozjebany fakt że po wf-ie jestem nie tylko rozjebany jeszcze bardziej ale ledwo żywy i senny. Niech ten dzień się kurwa wreszcie skończy! Tak, niemożliwe koniec lekcji! Ledwo dociera do mnie co się wokół mnie dzieje, ale dzielnie człapię do domu w zajebistym upale ze słońcem które pizga po zmęczonych oczach. O, ho. Matka ma urlop. W pizdu. Żrę jakiś nijaki obiad z podeszwowymi kotletami (nie było takiego mięsa jak zwykle to wzięli to z którego wychodzą podeszwy) którego jest kurewsko mało i z burczeniem w brzuchu idę do swojego pokoju. Zaczynam robić jakieś prostsze zadania. O 5, cotygodniowe korki z niemca. Nic to że są mi na chuja potrzebne. Na tyle często odwoływałem te koreptycje(za brak lekcji nie płacę) że w końcu głupio mi się zrobiło i na pytanie czy babka ma wpaść odpisałem smsa że tak. Błąd o którym pisałem w innym moim wykurwie(“Bądź skurwielem” bodajże się zwał). Przestawiam stolik i fotele w pokoju żeby dało się pracować i przez bita godzinę robię kompletnie bezsensowne rzeczy o których jutro i tak nie będę pamiętał (spoza materiału, bo nic konkretnego w szkole nie mamy, a do przodu nie wiadomo za co by się zabrać). Dobra jest 6. “I tak nic nie robisz to pozmywaj”. Spoko. Zmywarki nie szło nigdzie w kuchni umiejscowić, to muszę zapierdalać w zlewie. Ja pierdolę, więcej się tego upchnąć nie dało? I czemu jest tylko parę talerzy a reszta jest tak ujebana że będę musiał to zdzierać drutem kolczastym żeby zlazło. Nie spieszę się ze zmywaniem, kończę koło 6:30. Trzeba byłoby się zabrać za zadanie. Najpierw zawodowe aka “przepisz podręcznik do zeszytu, ew. przepisz pierwszą wygooglowaną stronkę”. Kończę pisać to gówno koło 8, w dodatku sporą część sobie odpuszczam zakładając że przepiszę od kogoś na następny dzień. Matma. Przez 15 minut próbuję dojść do tego jak zabrać się za zadanie. Przeglądam poprzednie przykłady, porównuję, szukam jakichś zależności bądź podobieństw, coby to łatwiej zrobić. Za chuja nie idzie. Lecę do ojca, który jest geniuszem. Pokazuję mu co mam zrobić, i siadamy razem i próbujemy to gówno rozwiązać. 22:00. Po 2 godzinach jebania się z kretyńskimi zadaniami, które wymagały znajomości chuj wie ilu twierdzeń, praw i zależności(o których istnieniu nasza matematyczka nawet nie wie), oraz na którym poległby Einstein, mam już kompletnie dosyć. Dodatkowo zmulony po całym tym chujowym dniu jestem kompletnie zażenowany tym na jakiego debila wychodzę przed ojcem. Podczas wspólnego robienia zadań nie potrafię sobie przypomnieć podstaw, potrzebnych do rozwiązania najprostszych zadań, a “oczywiste oczywistości” są dla mnie zrozumiałe jak newsy po “arabsku”. Kompletnie zażenowany, zdołowany i śmierdzący odpalam kompa. Chuj, że powinienem się wykąpać, bo na drugi dzień będę żywą bronią biologiczną. Jestem zbyt rozjebany, oraz po całym tym pierdolonym dniu zdążyłem się przyzwyczaić do tego brudu i nie czuję potrzeby kąpieli. Jakieś resztki instynktu których jeszcze nie zniszczył ten dzień mówią mi żeby nie grać w LoLa bo to będzie porażka. Jebać to, chcę sobie pograć. Kurwa, wiem że to normal z losowymi graczami, ale lepszej drużyny nie mogli dobrać. Eve, Sion, twisted, malphite. Nie mam zielonego pojęcia co brać, bo 3/4 reszty drużyny może się budować na różne sposoby i nie wiem czy bardziej przyda się coś magicznego czy jakiś fizyczny dimejdż. Na pytania pod co się budują nikt nie odpowiada. Popełniam błąd i nie wychodzę, tylko zaczynam rozgrywkę. Po kurewsko wyrównanym meczu (3-20) poddanym w 20 minucie gdzie poza moim 2/2/1 wszyscy mają mocno ujemne statystyki, odpalam kolejny meczyk z naiwną nadzieją “no, po takich idiotach musi trafić się coś lepszego”. Hahahah. Cicho, bo jest dobrze, irelia na solo, ww jungla, jakieś 2 typy bot i ja mid. “Nawet warzywa muszą wymiatać takimi postaciami” pocieszam się w myślach. Irelia przegrywa topa z trollującym malphitem pod ad, jungler wychodzi z jungli na 8 lvlu gdy inni mają 11, w dodatku bez prób gankowania, a ja sam mam lepszy cs niż reszta mojej drużyny razem wzięta. “Jest nadzieja, przeciwnicy to też kompletni debile, choć odczuwalnie mniej upośledzone niż ci moi”. Po niemal godzinnej walce przegrywam mając 20/4/9 przy wyniku 29-58. Chuj mnie strzela. Dobra, jebać to idę spać. Kurwa, darmowa łaźnia pomimo rozszczelnionych okien i otwartych drzwi.Leżę, leżę, leżę, leżę. Pomimo zatyczek do uszu, czuję jak te jebane krwiopijce siadają na moich rękach i próbują mnie ujebać. Leżę, leżę, leżę. Pić, muszę się napić. Pod ręką tylko pusta butelka, laczki gdzieś wcięło, więc popierdalam do kuchni boso. Odkręcam, piję, odkładam, wracam do wyra. Przez łażenie boso po kafelkach nawet po kilku łykach ciśnie mnie pęcherz. Szybka wewnętrzna wojna – wykorzystać to że już prawie zasypiam i pójść spać z pełnym pęcherzem, czy odlać się i znowu x-czasu próbować zasnąć. Wstaję i idę się odlać. Szybkie spojrzenie na zegar – wpół do 3. Leżę, leżę, zaraz chyba zasnę w końcu. Z jakiej pizdy wyszło to oślepiające światło? Kurwa, trzymajcie mnie w 5 bo dziesięciu nie da rady! Jebany telefon sygnalizuje, że za ok dzień-dwa wyczerpie się bateria(bo tyle trzyma na tej kurewskiej “słabej baterii”), podświetlając wyświetlacz który napierdala oślepiający światłem. Przestawiając telefon, tak by leżał wyświetlaczem w dół i już nie wkurwiał patrzę na godzinę. 4:40.

Kurwa.

Kategorie: Kumulacja, Ludzie, Szkoła5 Komentarzy

Dzisiejsze społeczeństwo!

Źródło: użytkownik

Na wstępie napiszę, że jestem 17-letnim chłopakiem. Sprawa jest na tyle poważna, że od razu przejdę do konkretów. Chciałbym podzielić się z wami moją historią, poznać wasze opinie, skłonić do dyskusji, dlatego zachęcam do przeczytania jej w całości, bo napewno część z Was może mieć podobne problemy. Od czego by tu zacząć… Może zacznę od tych gorszych rzeczy – szkoła. Ludzie, nawet sobie nie wyobrażacie jak bardzo cierpię chodząc do szkoły. I nie chodzi tutaj o zwykłą naukę czy o “upierdliwych” nauczycieli. Bardziej mam na myśli klasę, z którą do owej szkoły uczęszczam. Nienawidzę tych pojebanych dzieci, wszyscy u mnie ćpają, piją i palą, a jeśli ktoś nie robi tego, co oni – od razu jest dyskryminowany. Dlatego praktycznie cała klasa, żeby się zaaklimatyzować zaczęła palić już od dawna, a teraz to już w ogóle są uzależnieni. Obecnie jestem w klasie średniej, ale nie chcę się męczyć z tą klasą tak długo. U nich zawsze jest tak, że w poniedziałek opowiadają sobie, jak to się zajebali w weekend i co odpierdalali. W ogóle się nie uczą, a wolny dzień przeznaczają właśnie na ćpanie i picie. Tak samo jest z imprezami. Dla nich zabawa bez alkoholu nie istnieje. Nie ma co się oszukiwać – nie należymy do tych narodów, które alkoholem gardzą. Żłopanie mniej lub bardziej procentowych cieczy wychodzi im całkiem dobrze i gdyby wlewanie w siebie alkoholu było dyscypliną olimpijską, z całą pewnością uplasowaliby się w ścisłej czołówce. No ale jak tak można wypić dla przykładu 8 piw, 2 butelki wódki i do tego jakieś wino? I to jeszcze nie będąc dorosłym? No kurwa ja tego nie potrafię pojąć, rozumiem wypić dwa lub trzy piwa, no ale taka mieszanka? No ludzie, bez przesady. Chyba istnieje jakaś impreza bezalkoholowa i w miarę kulturalna? Nie mam na myśli takiej bez przekleństw, bo sam czasami się denerwuję i bluzgam, ale bez wyzwisk, palenia, picia i ćpania, no kurwa! Będąc w gimnazjum, miałem naprawdę fajną klasę. Zawsze się dogadaliśmy, śmialiśmy się – jednym słowem było zajebiście. Miałem sporo kumpli i koleżanek. Nikt się nie wyzywał, a jeśli tak – to tylko na żarty z nutką uśmiechu. W gimnazjum moja klasa praktycznie nie paliła papierosów, tylko kilka osób, więc mi to nie przeszkadzało. Czasami umawiali się na imprezy, żeby wypić trochę alkoholu, ale też nie zwracałem specjalnie uwagi, ponieważ zawsze mnie zapraszali (a nie jak w szkole średniej, nawet pogadać nie chcą), a jeśli nie przyszedłem to nie byli wkurwieni i nie zadawali zbędnych pytań. Nikt praktycznie nie brał narkotyków, ogólnie świetni kumple, z którymi można było normalnie pogadać. Nigdy jakoś idealnie się nie uczyłem w gimnazjum, nie byłem kujonem – raczej na trójki i czwórki się starałem. Z resztą nawet jak ktoś kujonem był, to go lubili, zawsze pracę domową dał spisać, czy coś. A teraz to kurwa praktycznie nawet kontakty z gimnazjum się urwały i piszę może czasami z dwiema/trzema osobami. Dlaczego ja trafiłem na taką klasę w liceum? Może jest tak wszędzie? Nie ma nad czym tutaj deliberować, społeczeństwo tak się zeszmaciło, że teraz to nawet rodzice tych pojebów nie wiedzą do końca, co ich dzieci wyrabiają. A najgorsze jest to, że tych chłopaków w klasie jest niewielu i wszyscy z nich trzymają się razem. Taka mała konsolidacja. Nikogo do swojej “ekipy” nie włączają, dlatego często wybierają sobie jakiegoś frajera i go potem obgadują, wyzywają i tępią. Właśnie padło między innymi na mnie, a to strasznie mnie wkurwia, jak obgaduje mnie 5-6 osób i potem cała klasa się śmieje. No śmieszne, tylko że oni mocni są w grupie a w pojedynkę są praktycznie nikim kurwa, zerem! Nie mówię tutaj o tym, że chcę im konkretnie po kolei najebać, ale no nie wytrzymam tych kolejnych dziewięciu miesięcy szkoły, a co dopiero 2 lat (bo jestem w 2 liceum i zostały 2 lata do zakończenia edukacji w tej szkole…). Nadmienię, że ta szkoła w kraju ma praktycznie maturalną zdawalność równą 100%, z czego reszta zaledwie 60%. No więc przepisać się szkoda do innej szkoły, bo pragnę zdać maturę, a tak po prostu nie mogę siedzieć kurwa bezczynnie i słuchać jak mnie obgadują i wyzywają. Tym bardziej, że nie powiedzą mi tego prosto w twarz, tylko po cichu ze swoją ekipką pierdolą coś na końcu. Z nikim nie idzie z nowej klasy pogadać, każdy jest ekscentryczny i na rozmowę reaguje tak, jakby kurwa chciał a nie mógł. Dlatego rozmawiam praktycznie z 2-3 osobami z klasy tak normalnie, a reszta to kompletne szmaty. Pewnie sobie myślicie, żebym naskarżył nauczycielom czy pedagogowi szkolnemu – mylicie się, bo tylko ich nastraszy a oni są zbyt tępi, żeby cokolwiek zrozumieć. Jak widać, wbrew pozorom ciężko jest zrobić z głąba jednostkę myślącą. A tym bardziej nie polubią mnie, a jeszcze bardziej znienawidzą i będę wielkim obiektem ich kpin, więc “zakolegowanie się” po pierwsze graniczy z cudem , a po drugie nawet nie mam zamiaru się z nimi zadawać. Z takimi zjebami? I może jeszcze mam palić trawkę, marihuanę czy pić litry alkoholu? Wybaczcie, ale ten pomysł nie przypada mi do gustu, nie mam zamiaru się najebać jak szpadel, by zyskać znajomych… Oczywiście nie wszyscy mnie tak obrażają, ale napewno są to chłopacy i kilka dziewcząt się bez niczego z tego śmieje. A reszta to tak dyskretnie. Wiem, że nie wolno zamknąć się w sobie i odseparować od innych, bo człowiek zdziczeje, ale no co mam zrobić jak kurwa te jebane lamusy mnie obrażają, a potem cała klasa się naśmiewa? Tym bardziej, że nie mam żadnych wad, może dlatego, że z nimi nie piję, nie pojawiam się na imprezach (bo nie lubię) i że dobrze się uczę? Kurwa! Uczę się, żeby kiedyś nie zapierdalać przy łopacie jak te matoły. I mam nadzieję, że kiedyś wyśmieję się im prosto w twarz jak zarobią marne 1000zł na budowie czy gdzieś, gdzie zarobki nie dają najmniejszej nawet satysfakcji. Szczerze, czasami to tak mi nerwy puszczają, że chętnie wybrałbym się tam, gdzie wegetują te elementy i bym ich tam rozniósł, ale kurwa mam świadomość, że jak jebnę jednemu to go uszkodzę, a drugi ucieknie do nauczyciela czy jak. Po co mi kłopot? Tylko rodzicom zmartwień narobię, ale widząc tych pajaców to naprawdę chuj mnie strzela na miejscu. Pewnie i tak nie są tego warci jeden z drugim… Ja w gimnazjum miałem zawsze dużo znajomych, a teraz jak zagadam do kilku osób no to kurwa każdy nie ma czasu albo gdzieś wyjedzie. Praktycznie siedzę w domu przed komputerem czy na TV albo ewentualnie wyjdę pojeździć na rowerze, co bardzo lubię. No nie wiem czy jest sens męczenia się z całą klasą i wysłuchiwania tych bluzg pod moim adresem czy do chuja zmienić tą szkołę na inną w mieście lub poza miastem i koniec. Z resztą najlepiej byłoby od razu w tym czy przyszłym tygodniu zmienić szkołę, bo potem to muszę zaliczać materiał i najlepiej przenieść się od razu, no ale mam problemy – rodzice kiepsko wiedzą o tym, że mnie wyzywają te jebane lamusy w klasie, tylko tyle wiedzą, że klasa mi się nie podoba… Poza tym kwestia dojazdu czy zamieszkania w razie czego w innym mieście to też wydatek. No a rozmowa z nauczycielami nie wiem czy coś da, chyba że od razu do pedagog, która jest kuratorem sądowym również, pójść i pogadać. No ale co ona zdziała? Nie wiem, jak z nimi pogada to od razu mnie znienawidzą (baa, może nawet będą się bić chcieli zjeby), chyba że jakoś dyskretnie to zrobi. Rodzicom mogę powiedzieć w sumie o wyzwiskach ale nie wiem czy mnie przeniosą do innej szkoły – wiem, że oni bardzo chcą, żebym dostał się na studia i gdyby nawet szkoła bardzo mi nie odpowiadała – to mnie mogliby przepisać. Tylko rodzą się tu kolejne kwestie… Tutaj mam już dobrych nauczycieli dobrze przygotowujących uczniów do matur, to dlatego jest tak duża zdawalność, a nie wiem jak jest w innych szkołach – no kurwa, muszę zdać maturę, tym bardziej, że nauczyciele tutaj mnie lubią i między innymi o to też zazdrośni są moi “koledzy” z klasy. Z resztą oznajmili, że oni to matury zdawać nie będą, bo przyszli tylko się tu pośmiać z kolegami. Ja pierdole, jak można pójść do szkoły średniej za kolegami? Przecież to jest otwarta droga na studia, po których można mieć przyjemny i dobrze płatny zawód, no kurwa! Poradźcie mi coś na temat tych debili z klasy, bo ja już nie wytrzymuję. Chcę mieć klasę jak dawniej, jak w gimnazjum – lubiącą się, szanującą… Kurwa no a moja obecna klasa jest jakaś niezrównoważona psychicznie, bynajmniej większość. No a kilku członków tejże społeczności klasowej to już totalne dno, odrzutki – zdemoralizowane, uzależnione i ludzie po prostu niereformowalni. Nawet sięgałem porad psychologicznych w necie, ale połowa z nich, jak darmowa, tak zjebana. Nikt nie pomoże, nikt nie odpisze – a ostatnio na napisany na jakieś kurwa 6000 słów, odpowiedziała mi jedna psycholożka: “polecam psychoterapię”… No kurwa, to jest już szczyt, po chuj skończyła tę psychologię? No chyba po to, żeby pomagać ludziom, a nie ograniczać się do jednego zdania, które w niczym mi nie pomoże… Co ja kurwa mam robić? No dobra koniec pierdolenia o tej szkole bo mi się już słabo robi. Mam tylko nadzieję, że pokonam tę jebaną klasę i zrobię jakoś porządek – a wy mi w tym pomożecie.To teraz może z innej beczki, mniej nieco wkurwiający temat, ale jednak trochę mnie denerwuje. Moi rodzice – mimo, że bardzo ich kocham i oddałbym za nich wszystko, czasami mnie… wkurwiają! Po prostu, kurwa! A kto by się w tych czasach nie skarżył nawet o byleco na rodzinę? Ostatnio, wyobraźcie sobie, stoję przy oknie w domu (tj. kuchnia), tata leży sobie na TV w stołowym, brat w pokoju, a ja z mamą w kuchni. No i, jako że jestem miłośnikiem sportowych motocykli (czyt. ścigaczy), to bardzo się ucieszyłem i skomentowałem – bo właśnie podczas, gdy mama robiła obiad, ja ujrzałem go, gdy wyjechał nagle zza rogu. Mówię sobie: “Matko, piękny ten motor…”, a mama oczywiście na to: “słyszałeś ostatnio o wypadku motocyklisty?”… No właśnie kurwa, a potem mówiła, że nigdy mi ścigacza nie kupi. Ja rozumiem, że się o mnie troszczy i zawsze chce mieć mnie całego w domu, przy sobie, no ale te komentarze chociaż by sobie darowała skoro wie, że ja lubię motory. Wiem, że nie kupi mi go nigdy, ale ja sam postaram się na niego zarobić, mimo wypadków, które w 80% powodują kierowcy “katamaranów” (czyt. samochodów). Strasznie mnie wkurwia, jak ludzie mówią, że motocykliści to dawcy organów. Rozumiem, jest sporo motocyklistów, którym droga myli się z torem wyścigowym, ale napewno nie są to wszyscy i stawiam się w obronie przed motocyklistami mimo że mam zaledwie 17 lat i ścigaczem nie jechałem nigdy, nawet jako pasażer. Myślę, że wszystko jest tutaj jasne. Dalej – moi rodzice również wkurzają mnie tym, że często jak mam czas wolny, to zamiast powiedzieć, żebym wyszedł gdzieś się przejść czy pograł na komputerze, to kurwa mam iść do nauki, lektury czy chuj wie czego co związane ze szkołą. Ja rozumiem, że nauka jest ważna w życiu i sam chcę się uczyć, ale non stop przy każdej wolnej chwili, nawet żartem – po prostu wkurwią mnie tym powiedzeniem o nauce, no ale co zrobić? Nic, po prostu uczyć się, ale muszę mieć do tego dobre warunki, tj. dobrą klasę, bo wszystko inne mam. A o wypowiedzianych przed chwilą delikwentach się już rozpisałem, więc nie ma o czym mówić, bo szkoda gadać. Kolejna rzecz, również z rodzicami, powiązana jest z moim bratem i rodzicami. Mam młodszego brata, który w sumie mieszka tu jak w niebie. Nic nie robi, siedzi i gra tylko, ogląda sobie bajki mimo, że chodzi do gimnazjum (1. gim). Uczyć się też raczej nie uczy, bo słabo mu to idzie, w porównaniu do mnie (nie kujon, ale staram się). Ale bardzo wkurwia mnie to, że… Dobra moment. Najpierw powiem, że rodzice są u nas spoko, każdy kocha jednakowo, nie ma bardziej i mniej, wiecie o co chodzi. Ale wkurwia mnie to, że mój młodszy brat to zawsze przed czymś umknie, tzn. skoro jestem starszy, to zawsze wina spada na mnie, zawsze ja muszę poodkurzać mieszkanie, zrobić kawę rodzicom, pójść do sklepu czy coś innego. Ogółem mam przejebane, ale jeszcze lepsze jest wiecie co? Ano to, że mój młodszy braciszek dostaje kurwa więcej niż ja. Bynajmniej ja mam takie wrażenie. No kurwa słuchajcie tego: zawsze jak byłem młodszy, nie dostawałem jakichś wielkich zabawek i tego typu rzeczy, a mój brat oczywiście namówił zawsze rodziców na jakieś drogie prezenty a ja chuja miałem. Później mu się szlafrok zachciało, “bo ładnie wygląda”, kurwa. No to mu kupili z większym już naciąganiem. A jest jeszcze taka sprawa, że kiedyś dostałem komputer na komunię i graliśmy na nim razem z bratem, nie było mowy o tym, że ja mu grać nie dawałem, po prostu nie było takiej kurwa opcji. Jak mnie wkurwił i mu zakazałem gry, to poleciał do rodziców i zaskarżył – i co? I już sobie siedział ile chciał cholera jasna! A ja zawsze miałem marzenie mieć skuter, i co? Dostałem go? Zgadliście, oczywiście, że nie…! Pragnąłem i nadal pragnę keyboard (organy) warte jakieś 4000zł, bo przecież chyba mam do tego prawo co? Skoro on miał tyle prezentów to czemu nie ja? No ale oczywiście nadeszło Boże Narodzenie i tylko modliłem się, że z listu do Św. Mikołaja (tak wiem to śmieszne xD) wyniknie coś ciekawego. No ale kurwa rodzice przynoszą pudła do domu, ja już uradowany: “będzie keyboard” sobie myślę… A tu co? Kserokopiarka, którą używam praktycznie raz na miesiąc i to jeszcze nie dla siebie, tylko żeby innym z klasy przeskanować lekcje (właściwie nie wiem po co to im robię…). A zgadnijcie co dostał mój braciszek… A no kurwa dostał laptopa, o którym zawsze marzył. Kosztował około 4000zł, a co z moim keyboardem? A no nic, pieniędzy już nie ma. Ale zawsze brat był skąpy, mimo że młodszy to przecież nie będę go napierdalał, tylko po prostu nie dawał nikomu na nim grać, jak miał zabawki to też zawsze sam – bo tak chciał. A ja zawsze chciałem z kimś, ale przecież kumpli miałem zaledwie kilku… No szlak mnie wtedy trafił i czekam aż do teraz na ten ukochany keyboard albo chociaż bym uzbierał sobie kasę na ścigacza czy coś innego, a ewentualnie rodzice by mi dopłacili. No ale pewnie tak też się nie stanie bo kochany braciszek zażyczy sobie coś jeszcze! Nosz ja pierdole, bez przesady… Ludzie, ja już dostaję na mózg, który powoli siada i się rasuje od debilnych pojebów z mojej klasy, czasem (podkreślam, czasem!) przez rodzinę, no i ogólnie. Chciałbym mieć jakiegoś dobrego kumpla, z którym by się wyszło bez problemu pogadać, połazić po mieście czy wypić z 1-2 piwa (nie więcej, nie chodzi mi tu o to, że jestem jakimś idealnie grzecznym dzieckiem i nie piję, bo się boję, przecież nie raz się wypiło trochę alkoholu będąc młodym – po prostu jak widzę jakiegoś pijaka, jak leży albo ekipę palaczy czy coś – no mam ochotę podejść i wyjebać niejednemu takiego porządnego dzwona, żeby się obudził i zaczął normalnie funkcjonować). Myślę, że zawarłem tutaj wszystko, co mnie wkurwia i naprawdę, jest mi lżej, a jednocześnie nadal ciężko – przez pierdoloną szkołę, w której ci delikwenci schodzą na psy, a ja podupadam na duchu. Czasami słucham dobrych piosenek, które na tym duchu podnoszą ludzi, na przykład piosenka “Grammatik ft Fenomen – Marzenia” jest bardzo fajna i to niczym poezja, Eldo i Gramatik to jak Mickiewicz i Sienkiewicz – poeci, ale w piosenkach. Słucham ich i daje mi to dużo do myślenia, daje siłę, by przetrwać kolejny dzień w szkole z dala od wyzwisk itd. Polecałbym każdemu znalezienie kilku fajnych hip-hopowych jak i innych piosenek, które naprawdę mają w sobie jakiś przekaz i zmieniają ludzi na lepsze. Myślę, że należy mi się jakaś rekompensata za to zgorszenie w szkole czy jak, chcę czuć się wyemancypowany (wyzwolony) i w końcu zyć jak człowiek bez problemów i ciągłego mówienia w domu pryncypialnym tonem, wkurwiając się na społeczność szkolną. Wiecie, tutaj jest taka ambiwalencja, bo chcę się uczyć, ale jednocześnie nie chcę chodzić do szkoły ze względu na tych “marginesów społecznych”. Czuję kurwa apatię i nie mam pojęcia co zrobić dalej. Dlatego wysuwa się konkluzja – proszę wyobraźcie sobie moją sytuację i jakoś mi pomóżcie, bo kurwa nie dam sobie rady! I tak jestem dumny, że w miarę tekst jest spójny i trzyma się kupy, bez większego przeklinania i wyładowywania się. Ok, na dzisiaj to chyba wszystko. Nie rozpisuję się więcej bo zaczynam już widzieć podwójnie… Zatem to już finito, mam nadzieję, że mi pomożecie i wypowiecie się pozytywnie co do tego wykurwa, bo pewnie część z Was ma podobne problemy.

Dziękuję i pozdrawiam serdecznie!

Kategorie: Ludzie, Szkoła29 Komentarzy

Religia w szkole

Źródło: użytkownik

Witajcie!

Naszła mnie ochota aby wyprodukować zacnego wykurwa. Na potężnym kacu, także przepraszam za ewentualne błędy wszelkiego rodzaju.
Niebawem szkoła, a co za tym idzie rozpite dzieciaki zwane młodzieżą tłumnie kierują się ku szkołom, aby zmarnować czas na porcję głupot, serwowaną przez równie idiotycznych nauczycieli. Następnie te same dzieciaki pójdą na studia (lub nie), po to aby w przyszłości napędzać gospodarkę, jako siła robocza. Ale to już inna bajka na inną okazję. Tym razem będzie o religii i katechetach, czyli bardziej bezsensownych tworach niż gumowy penis.
Zacznijmy od tego, że trochę jednak religia jest przydatna… jak gumowy penis. Ale do czego i komu? Ano do manipulacji. Komu? Księżom, politykom i wszelkiej maści podobnym skurwysynom. Nie, nie gumowy penis. W dalszym ciągu rozmawiamy o religii. Ci zboczeńcy wykorzystują głupotę większości ludzi, (bo wiadomo, że większość nie myśli samodzielnie) aby ukształtować światopoglądowo swoje owieczki tak, aby dawały im pieniądze i robiły inne przyjemności.

Ale ja chciałem o religii w szkole, także przejdźmy do rzeczy, zostawiając masy ludów, polityków i ich gumowe penisy na kiedy indziej.
Od najmłodszych lat kiedy jesteśmy do życia nastawienia pozytywnie i chłoniemy wiedzę oraz przekonania jak gąbka, zostajemy poddawani praniu mózgu. Mówi się nam, że musimy wierzyć w bozie bo jak nie to pójdziem do piekła i będą nas smażyć na skwarki w oleju. Oczywiście opiekuńczy katoliccy rodzice wysyłają nas do przedszkol, podstawówek, gimnazjów i w końcu liceów zapisując na religię. Ci bardziej inteligentni uczniowie w pewnym momencie zauważają, że coś jest kurwa nie tak, że to wszystko to jakiś pic na wodę. I wtedy niestety zaczynają się problemy. Jak to zwykle gdy dążymy do wolności, ktoś koniecznie musi się wpierdolić. W tym przypadku, jeden z gorszych gatunków zboczeńców- katecheta/ka. Kiedy stwierdzasz, że nie chcesz chodzić na tę szopkę, mówisz rodzicom. W przypadku rodziców katolickich, zazwyczaj nic ich to nie obchodzi. Trudno, idziesz na lekcje stwierdzając, że wytrzymasz. Czasem zadajesz pytania które katecheci/tki zaliczają do tych trudnych ;-) . Potem są telefony do domu, że dziecko sprawia problemy, nie modli się itp. Katecheta/tka jeżeli jest trudnym przypadkiem (a takich jest najwięcej), nie dopuszcza zbuntowanego dziecka do głosu, jak już buntownik coś powie, zboczeniec drwi z niego, z pogardliwym uśmieszkiem na ustach. Zdarzają się różne przypadki dyskryminacji. Zazwyczaj jest tak, że ci głupsi chłopcy oraz (częściej) dziewczynki wszczynają dyskusję podpartą wyuczonymi argumentami (pranie mózgu) popierającymi tezę, że bóg jest i że jesteś grzesznikiem i najlepiej gdybyś sczezł. Oczywiście argumenty są śmieszne. Wtedy katecheta/ka chwali głupie dzieci i urządza wielką nagonkę na młodego ateistę. Zdarza się również, że ci mądrzejsi z głupszych stwierdzają “hmm… coś w tym jest”, jednak rzadko zrywają z religią, oczywiście z wyuczonego strachu.
Niestety jestem uczniem w szkole średniej i wszystko co opisałem wyżej, przydarzyło mi się osobiście. Gdyż jestem racjonalistą, dochodzę do prostych, niepodważalnych wniosków. Religia(ogólnie) to twór paskudny i podstępny, który perfidnie hamuje rozwój nauki oraz społeczeństwa. Jest siedliskiem nietolerancji i wszelkich idiotycznych zabobonów. Zrzesza debili, pedałów, złodziei i innych zboczeńców. Jest maszyną do manipulacji umysłami maluczkich oraz kradzieży pieniędzy wspomnianym.

Wzywam wszystkich którzy przeczytali ten tekst, do rozsądku, porzucając strach przed czymś co nie ma racji bytu.
Dzięki tym którzy dotrwali.
Pozdrawiam
Ateista ;-)

PS “Nie dyskutuję z debilami.”

Kategorie: Ludzie, Pozostałe, Szkoła44 Komentarzy

Co się stało?

Źródło: użytkownik

Od jakiegoś czasu czytam wasze wykurwy i stwierdzam, że czemu i ja mam się nie wykurwić. A więc zacznę od tego, że historia jest banalna i jedna z 3876134508712365138706 na całym świecie, ale to nie zmienia pierdolonego faktu, że po prostu mnie wkurwia i smuci w chuj. Przechodząc do sedna. W klasie 3 technikum poznałam chłopaka z klasy 2, miał wszystko co u faceta chciałam. Zaczęło się to bagno w lutym.

Zaczepne spojrzenia w szkole, pierdolone uśmieszki, w końcu napisał, wszystko potoczyło się w miarę szybko. Ludzie dziwili się, że jestem akurat z nim, bo niektórzy mieli go za cwaniaka w dresach, który nie jest za inteligentny i patrzy na dziewczyny tylko pod jednym kątem, zresztą nie powiem, bo dopóki go nie poznałam bliżej, czego kurwa żałuję do tej pory, też tak myślałam. Ale po głowie chodziła mi myśl “co mi tam, raz się żyje” dopóki go nie poznam, nie dowiem się jaki jest.

Okazał się zupełnie inny niż myślałam. Mogłam z nim rozmawiać na przeróżne tematy, droczyć się, wygłupiać, poczuć, że jest blisko. Codziennie pisał, dzwonił, przyjeżdżał, większość z jego pierdolonej inicjatywy. Zawsze buziak, przytuleni. On mieszkał ok godziny drogi od mojego miasta, więc po za szkołą nie widywaliśmy się codziennie, nie zawsze mogliśmy, ale gdy tylko pojawiała się jebana okazja przyjeżdżał do mnie. Raz wyjeżdżał do rodzinki gdzieś i specjalnie kurwa przyjechał na dosłownie 5 min “po buziaka” i pojechał z powrotem, no kurwa zajebiście było. Ale radość przecież kurwa wiecznie nie trwa. Przyszło do walentynek taak pierdolony 14 lutego. Zanim go poznałam na walentynki byłam umówiona z przyjaciółkami, więc nie chciałam ich zostawić.

On zrozumiał, sam poszedł na imprezę do kolegi. Nie zakazuję imprez, na tym polega zjebane pojebane zaufanie przecież. Jeszcze wieczorem pisał słodkie sms’ki, że tęskni, nie może się doczekać kiedy się spotkamy kurwa no bajka w chuj. Przyszedł nowy dzień, w którym jak nigdy rano się nie odezwał. Żadnego odzewu do ok 18. Mówię ok, może nie ma czasu napisać, przecież to nic strasznego.

Koło 18 jadę z tatą autem na zakupy a tu pierdolony jebany sms “przepraszam ale to wszystko za szybko się potoczyło, nie mogę się zaangażować” Ja szok w, łzy w oczach, i totalny nieogar, co się wogóle kurwa stało? przecież było tak zajebiście?! Odpisałam dlaczego, czy coś się stało, ale on, że nie, że po prostu nie chce mieć teraz dziewczyny, nosz kurwa jebana mać! To po chuj to wszystko było? przyjeżdżanie, spotkania, smsy, rozmowy, zapewnianie mnie w tym, że jest zajebiście, że jestem wyjątkowa?

Pierwsze co pomyślałam, wszyscy mieli rację, nie “dałam” mu to mnie olał, ale kurwa, to nie jest typ faceta który od tak nowo napotkanej dziewczynie, mówi o tym, że ma źle w domu, o swoich niebłachych problemach. To nie ten typ faceta. Gdyby chciał mnie tylko przelecieć, nie mówił by mi tego wszystkiego czego się dowiedziałam o nim, jego rodzinie. Mieszkam sama więc miał wolną rękę, oczywiście nie dostał by TEGO czego rzekomo chciał, ale kurwa gdyby patrzeć przez ten pryzmat to chociaż by spróbował się dobrać, ale nic takiego nie było, rozmawialiśmy, śmialiśmy się, oglądaliśmy filmy.. Żadnych podtekstów z jego strony, więc ja się kurwa pytam co do chuja się stało?

Oczywiście przestałam się do niego odzywać, żadnych spojrzeń żadnych “cześć” nic, jak powietrze, po ok miesiącu napisał, że przeprasza za wszystko, za to, że mnie zranił, że nie chciał, że zachował się jak gówniarz, ale nie jest gotowy na to żeby się zaangażować, to kurwa mać po co w ogóle coś takiego zaczynał? Ja się kurwa nie prosiłam, nie nalegałam do chuja, to on jak było coś nie tak był przy mnie, pocieszał, zrobił nadzieję. Po części wyrzygałam mu, co mi leżało na duszy, zapytał co ma zrobić, żebym tak o nim nie myślała.

Z jednej strony zapewnia mnie znowu, że  “zależy mu na mnie i nie jestem mu obojętna”, a z drugiej “zostańmy przyjaciółmi”. Namieszał mi kurwa w głowie totalnie, bo sam chyba nie za bardzo wiedział o co mu chodzi. Urwałam kontakt, a teraz po kilku miesiącach znowu się odezwał, ale to co było to temat tabu. Rozmawiamy normalnie, ale kurwa mać on dalej mi siedzi w tej jebniętej łepetynie, po co znowu napisał? Szuka przyjaciół? Ja mam przyjaciół i więcej nie potrzebuję. Niedługo znowu szkoła i znowu będę go kurwa oglądać, boję się, że to popierdolone uczucie znowu wróci, a może i kurwa już wróciło.

Gratuluję tym którzy przeczytali tą beznadzieję. Szczęścia życzę i niech się wam kurwa wiedzie w waszych związkach.

Kategorie: Szkoła, Związki23 Komentarzy

Jedna z najlepszych szkół w Polsce-cała prawda

Źródło: galeriaotwock.waw.pl

W tym roku skończyłem bardziej niż doskonałą, ociekającą zajebistością szkołę (tak przynajmniej wygląda z zewnątrz). Jednak od środka dopiero widać jak jest naprawdę. Rozpiszę mniej-więcej schemat

działania szkoły w paru punktach:

Dobre, pierwsze wrażenie, na siłę…
Byłem świadkiem tegorocznych tzw. drzwi otwartych organizowanych w tej pięknej szkole. Nie wiem jak to nazwać… Podkolorowywanie? Może kierunek dobry, ale siła tego słowa 1000x za mała. Kilka dni przed tymi “drzwiami otwartymi” szkoła zmieniła się nie do poznania. Cała superczysta, na wierzchu najlepsze sprzęty(99% tego przez 4 lata nauki na oczy nie widziałem!!! nie miałem pojęcia że coś takiego jest w szkole) w sali biologicznej na każdym stole mikroskop, w niektórych salach( nie informatycznych) laptop na każdym stole. Oczywiście do wielkiego sprzątania byli zaprzęgnięci uczniowie-w ramach praktyk naprawialiśmy lutownice i wybieraliśmy najładniejsze, które będą wystawione. Wynosiliśmy z magazynów i odkurzaliśmy sprzęty typu telewizory, kamery. W świetlicy postawili konsolę do gier i plazmę. Wyobraźcie sobie co widzi taki gimnazjalista jak przychodzi do takiej odpicowanej szkoły z tonami zajebistego sprzętu? Dużo się łapie na takie błyskotki, a więcej uczniów to więcej kasy i większe możliwości oblewania żeby sobie statystyki podbić i łapać przez nie jeszcze więcej. I tak w kółko.

Mamy już uczniów, co teraz? Kasa!!
Szkoła ma drzwi z zamkiem elektronicznym na karty RFID. Podobno dzięki temu jest bezpieczna. Bynajmniej-wystarczy podać w dyżurce zmyślone nazwisko, pan woźny zapisze na magicznej liście i wpuści każdego. Można też skopiować dowolną kartę i wchodzić do woli. Ale dobra, miało być o kasie. Myślicie że szkoła zapłaci za identyfikatory dla uczniów? HAHAHA!!! Za wyrobienie pierwszego ID płaci się 15zł, za każdy
następny jeśli ten by się zepsuł, zgubił, albo jeśli uczeń zmienił by klasę już 25zł. Ciekawe ile kosztuje taki identyfikator. Z ciekawości sprawdziłem. Czysta karta to 2zł, zakodowanie i wydrukowanie to 5-10zł. Szkoła oczywiście nie robi tego w zewnętrznych firmach-świetny interes.
Pierwszego dnia deklaruje się kwotę na tzw. “radę rodziców”. Wielu myślało, ze kiedyś za tę kasę wyjedziemy na jakąś klasową wycieczkę czy coś albo zostaną nam oddane pod koniec nauki. Takiego chuja!! Z matematyki nie miałem nigdy większych problemów, potrafię dodawać i odejmować a nawet mnożyć i dzielić. Ale tego nie potrafię ogarnąć- większość deklarowało i płaciło co miesiąc 15-20zł. Uczyliśmy się 4 lata, mieliśmy jedno wyjście do kina(za które musieliśmy zapłacić więc chyba się nie liczy). Na koncie klasy(20 osób x40miesiecy x20zł) uzbierało sięęęęę……. UWAGA……………. 600ZŁ!!!!!!!!! 600/20 = 30zł/ucznia. Pozostawię to bez dalszego komentarza.

Praktyki… w praktyce…
Kiedyś x lat temu każda normalna szkoła nie tylko zapewniała swoim praktykantom narzędzia i ubrania robocze, ale czasem nawet pieniądze za wykonaną pracę! Jak to wygląda tutaj? Odzież robocza i ochronna jest wymagana, ale płacą za nią uczniowie. Narzędzia? Brzeszczoty(1zł/szt) bez zębów, wkrętaki w ilości 4szt/10stanowisk, psujące się stacje lutownicze(żadna nie młodsza niż 10-15lat), odsysacze(w sklepie 5-15zł/szt) w ilości 3/10 stanowisk, z czego 2 nadają się już tylko na śmietnik. Ktoś powie-chcesz zarobić to sam sobie załatw praktyki. Haaaaa… Też tak myślałem! Nie ma takiej możliwości. Szkoła dostaje kasę od zakładów do których wysyła pachołów… tfu! uczniów. A mniej uczniów to mniej kasy.
A co zrobić kiedy uczniowie są w szkole i nie generują zysku? Zaprząc ich do roboty zamiast płacić robotnikom! Zamiast się uczyć przydatnych w zawodzie rzeczy niech trochę pomachają łopatą i ponoszą kostki przy remoncie parkingu dla nauczycieli. Co tam że szkoła się sypie(15cm szczeliny w pękających murach), co tam, ze na boisku przypominającym polską drogę można się zabić – trzeba wyremontować parking dla nauczycieli bo wyszło z między kostki kilka kępek traw-bo się opony pobrudzą!!! Oczywiście parking TYLKO dla nauczycieli. Uczniowie ewentualnie na dwóch kółkach mogą w wyznaczonej strefie nieużytku parkować, ale żeby wejść do szkoły muszą dymać 1km naokoło, bo nie wolno im używać wejścia od strony parkingu. Nowością są też latarnie na pilota. Oczywiście instalacja robiona głównie przez uczniów. W tych ciężkich czasach latarnie na pilota to niezbędna rzecz w każdej szkole! Niczym dziwnym też nie jest widok uczniów grabiących liście albo odśnieżający parking i chodnik przed szkołą.

Dementowanie niechcianych informacji.
Parę lat temu istniało jeszcze forum na stronie szkoły. Niestety było ono jednym ze źródeł wycieku informacji i opinii uczniów nt. szkoły. Zostało zamknięte, podobno z powodu używania przekleństw. Miałem okazję czytać forum i nie widziałem ani jednego objawu braku kultury, wręcz przeciwnie, większość użytkowników wyrażała się, kulturalnie, podpierając się w dyskusji mocnymi argumentami, jednak w końcu drugiej stronie zabrakło argumentów i forum zostało zamknięte. Jedyną formą wydawania opinii, która została do dzisiaj to strona szkoły i artykuły na niej. Wszystkie komentarze są odpowiedni filtrowane. Oczywiście te, które nie są zgodne z idealnym wizerunkiem szkoły i działań dyrekcji nie są publikowane.

Inne ciekawostki nt. szkoły:
- uczniowie mogą usprawiedliwić do 20 godzin nieobecności w roku. Kolejne 20 to ocena naganna. Ile to 40 godzin? 5 dni lekcyjnych. Nie będzie cię w szkole 5 dni i masz naganne, niezależnie jak się zachowujesz i na ilu olimpiadach zająłeś pierwsze miejsce.
Zakazy:
- zakaz gry w piłkę. Podobno to niebezpieczne. Za to gra się często w uni-hokej, piłkę ręczną, koszykówkę i inne bardzo bezpieczne sporty.
- zakaz noszenia krótkich spodenek. Najmniejsza regulaminowa długośc to 3/4. Bardzo przydatny zakaz, chroni uczniów przed wychłodzeniem w 40-to stopniowym upale.
- zakaz noszenia ubrań z symbolami, które “coś znaczą”(słowa dyrektora) i bluz z kapturem, preferowany ubiór to sweterek w szaro-czarne, poziome paski nie węższe niż 19mm.
- zakaz zgniatania puszek nogą na podłodze-pocięte ręce się zagoją, za porysowane płytki trzeba zapłacić.
- zakaz robienia zdjęć/kręcenia filmów na terenie szkoły- to niekontrolowane przez szkołę źródło potencjalnego wycieku.

Kategorie: Szkoła7 Komentarzy

Płacimy za darmozjadów!

Źródło: użytkownik

Planowałem uczyć się w szkole z internatem, jednak musiałem zrezygnować. Miesięczne utrzymanie to koszt około 500zł. Byłoby nas na to stać, jednak mamy wiele innych, ważniejszych wydatków. Nie powiedziałbym nic, gdyby nie ta wszechogarniająca niesprawiedliwość.

Choć nie stać mnie na naukę w lepszej szkole, to nie przysługuje mi stypendium socjalne, bo zdaniem urzędników jestem “zbyt bogaty”, a wcale na kasie nie śpię. Nie kwalifikuję się też do żadnego stypendium naukowego. Poza tym, nawet gdybym mógł się o takie ubiegać, na pewno przegrałbym z dzieciakiem o słabszych wynikach, ale za to pochodzącym z “biednej” rodziny. Słowo “biednej” napisałem w cudzysłowie, ponieważ biedna wcale nie jest. Dajmy na to taka rodzinę Iksińskich. Ojciec siedzi w więzieniu, a matka nie pracuje, bo jej się nie chce. Mają siedem dzieci (oczywiście narzekają, że nie mają za co dzieci nakarmić, tylko kto kazał im się tyle rozmnażać). Dostają z tego tytułu zasiłek dla bezrobotnych, zapomogę z MOPSu, stypendium socjalne, co miesiąc zapas żywności (całe torby najdroższych produktów, że do domu musza przywozić taksówką), na święta zawsze jakieś dodatki dla dzieci i chuj wie co tam jeszcze im pomoc społeczna da. Plus ekstra wsparcie, jeżeli rodzina pochodzi z byłego PGR. Ubierają się w markowe ciuchy, każdy dzieciak ma własny skuter, telefon za 1000+ zł. Czy są biedni? Mają więcej ode mnie. Jeszcze jak im w Urzędzie Pracy jakieś zajęcie się podsunie, to nie, powie, że za takie pieniądze pracować nie będzie. Oczywiście! Jeszcze pomoc społeczna zasiłek cofnie! Biedaczka! Jaka ona nieszczęśliwa! Pracować będzie musiała!

Sytuacja w Polsce posunęła się do tego stopnia, że nie opłaca się już pracować. Lepiej prowadzić styl życia, jaki opisałem wyżej. Gówno robić i żyć na pomocy społecznej. Ręka by mi uschła gdybym kiedyś miał tak wyłudzać pieniądze. To jest chore. Ten kraj jest chory. Polska jest chorym krajem. Brzydzę się ludźmi, którzy tak postępują. Mam nadzieję, że kiedyś to się zmieni, choćby rewolucją. Gdyby rzeczywiście nam to pomogło, chciałbym aby rządy przejął dyktator i porządnie rozprawił się z tą niesprawiedliwością. Aby Polska rozwijała się jak za Marszałka Piłsudskiego. Zszedłem trochę z tematu…

Ta niesprawiedliwość boli. To naprawdę przykre. W mojej rodzinie pracuje tylko tata (mama, choć ma wyższe wykształcenie, nie ma dla niej nigdzie pracy) i wcale nie zarabiamy dużo. Dlaczego ludzie, którym nie należy się nic, dostają najwięcej? Dlaczego państwo ma mnie gdzieś? Bo nie jestem bogaty, ani nie jestem oszustem? Bo jestem uczciwy i nie robię żadnych przekrętów, nie kradnę?

Na świecie nie ma sprawiedliwości.

Kategorie: Ludzie, Poważne, Szkoła14 Komentarzy

Bóstwa z wysokimi średnimi.

Źródło: www.google.com/images

Przepraszam, że tak o szkole w wakacje, ale się wkurwiłam.
Są osoby które mają te zjebane wysokie średnie i nauczyciele traktują ich jak wzory klasowe, och ach och ach …  Wiadomo że w budzie osoby z wysokimi ocenami są “inaczej” traktowane przez nauczycieli. Takie kreowanie na majacych o wiele wieksze mozliwosci intelektualne od pozostałych. To znaczy, tak się wydaje.
Tymczasem tak kurwa nie jest, a czasami wręcz odwrotnie.

Szanuję inteligentne osoby, ktore zdobyły te oceny dzięki wlasnie inteligencji i naprawdę zasługują na miano osób o większych możliwościach.  Jest u mnie klasie taka dziewczyna, serio, oczytana, bardzo zdolna,  bardzo inteligentna. To rozumiem! Sama czasami nie mogę się nadziwić ogromu jej wiedzy…
Ale są osoby co kurwa wszystko wkuwają na pamiec i niby maja te wysokie srednie, ale  w glowie… pusto aż huczy.
Gdyby nauczyciele widzieli jacy sa w rzeczywistosci to by kurwa zmienili zdanie i nie traktowali ich jako bóstwa.
U mnie jakaś laska wysoka srednia bo wkuwa, nauczyciele o malo co jej w dupe nie wejda, jaki to aniołek, wzor itp. Na wszystkich akademiach się udziela, niekórzy już jej świetlaną przyszłość zapowiedzieli, czego to ona nie osiągnie.
A na facebooku foty z imprez jak lezy nachalna, czy inne takie, no ogólnie nie ma sie czym chwalic, bo znam jej wersję “poza szkolną”.
No kurwa dajcie spokoj.
i taka osoba jest wyrozniona i pewnie mysli o sobie bog wie co o sobie.
Pomijajac to że niektorzy liżą dupsko nauczycielom jak popadnie.

Jes też taka kujonka, której nikt nie lubi, bo jest chamska, apodyktyczna, wredna. W sumie nie da się z nią o niczym pogadać, tylko o jakiś pierdołach. Ale jest taką przydupaską nauczycieli… oczywiście najwyzsza srednia w klasie, pupilka. Czasami mnie wkurw bierze, nie mam złych ocen, uczę się systematycznie i uczciwie, nie ściągam na każdym sprawdzianie, nie liże dupy nauczycielom. Nie zamierzam wkuwać 24 na dobę, mam swoje pasje, na które też muszę znaleźć czas. A niektórzy : notoryczne opuszczanie niewygodnych dni, sciąganie  na wszystkich przedmiotach na jakich to możliwe, kombinowanie.  I takie kurwa osoby są rzeczywiście wspaniałe i kochane, bo mają wysoką średnią.

Nie, nie chodzę do jakiejs szkoły z marginesu, chodze do normalnego LO, w którym poziom jest całkiem dobry.

Tylko kurwa…czemu ja mam sie czuć gorsza od jakiegoś pierdolonego kujona, tylko dlatego że on ma wysoką średnią i to często mocno nacąganą?

Kategorie: Pozostałe, Szkoła13 Komentarzy

Studenci – ręce opadają

Źródło: www.google.com/images

Pracuje jako wykładowca w jednej z Warszawskich prywatnych szkół wyższych. Ręce mi opadają (i nie tylko) kiedy zbliża się kolejny zjazd i muszę spotkać niektórych idiotów. Część studentów jest spoko – pracowici, kulturalni i przyjaźni. Ale jest  też duża ilość jebanych debili. Nie potrafią nic. Nawet się k**** poprawnie przedstawić w języku z którego chcą mieć tytuł magistra. Jeden gość jak mówi to jęczy – kolego, boli cię coś? Matoł!

Inny ma ciągle dziwny uśmiech na twarzy. W myślach marzę o tym żeby mu zajebać. Też nic nie potrafi.

Najgorsze kiedy zbliża się sesja. Sam też kiedyś byłem studentem i różnie bywało, ale nigdy nie błagałem wykładowcy o wpis. A te cioty na kolana przede mną padają. Jak się nie zgadzam, to słyszę że sam nic nie umiem i w ogóle jestem do d***. Najwięksi profesorowie w tym kraju mają o mnie dobre zdanie, ale taki matoł, który nie potrafi powiedzieć jednego zdania bez ośmiu błędów, wie lepiej.

Są też tacy którzy nie pojawiali się na zajęciach przez cały rok. Na ćwiczeniach. Nawet nie chciało im się napisać do mnie wiadomości z jakimkolwiek wyjaśnieniem. Przychodzą tydzień po zakończeniu sesji z tekstem – ‘to pan mi co da, tak żeby zaliczyć’ Dać to ci może twoja matka pacanie. Jak odmawiam, dostaję wiadomość od oburzonego studenta.

Ludzie, wiem że na studiach można się obijać. Ale jest jakieś minimum. Sam bumelowałem bardzo często, ale przynajmniej znałem twarze wykładowców.

Dziekan to też kretyn. Zawsze stoi za studentem. Nie ważne że taki idiota pięć razy podchodził do egzaminu i nigdy nie zdobył więcej niż 30%. Czy ktoś kiedykolwiek słyszał o poprawce egzaminu komisyjnego? A ten idiota każe takie rzeczy robić. Ręce opadają.

Kategorie: Szkoła20 Komentarzy

Poniżanie uczniów

Źródło: www.google.com/images

To mój pierwszy wykurw, ale chciałabym o tym, może oczywistym blablabla, ale mnie wkurwia.

Za przekleństwa przepraszam, kobiecie nie wypada, ale  tu o to chodzi, żeby napisać co ci kurwa w duszy gra, to piszę szczerze i w dupie mam wszystko, o ja pierdolę.

Czy kurwa wszędzie tak jest? Nauczyciele jebani frustraci,   patrzą tylko kurwa żeby się wyzyc na człowieku, zbesztać, ponizyc i tym podobne kurwa mac! Niektórzy są okej,widać wtedy ze ich praca była normalnym kurwa wyborem, a nie niewypałem na zasadzie “nie udało mi się gdzie indziej”. Niektórzy próbują wylać swoje jebane frustracje i kompleksy na uczniach , że to niby nasza wina to że oni musz,ą uczyć. Zakompleksione niedojeby. Wielką łaskę nam robią , że wytłumaczą cokolwiek, a niezbyt czesto im się to zdarza… a my musimy ich czić, codziennie moze jeszcze kurwa się modlić, zrobić sobie ołtarzyk w chalupie.  Wszystkich mają za śmieci , myślą że jesteśmy totalnymi idiotami. Zly humorek to od razu kurwa kilka jedyneczek i wylew złopsci jacy to my jestesmy kurwa niedobrzy niedouczeni i nic nie osiągnemy.   Gówno mnie obchodzi że jakis tam huj sobie chciał być naukowcem, a został nauczycielem w jebanej szkole. Moja wina? Nie kurwa, więc o co kaman? Jedna wielka mafia w tej szkole. Zebrało się kilku starszych profesorków, co to myślą że dosłownie wolno im wszystko, bo sobie uczą tyle lat. Wtracają się w cudze życie, zgorzkniałe babska i próbują nam je zatruć. To że jej życie się nie udało, nie znaczy że i mi się nie uda. I gówno mnie obchodzi. Ja się uodporniłam, ale co kto slabszy, to kurwa se weźmie na poważnie co taka idiotka mu naplecie i biedak się podłamie. Co zrobić ?

Są jeszcze nauczyciele też z jakimiś problemami, ktorym to lekcja słuzy do opowiadania o swoim zajebistym – w ich mniemaniu-  życiu.  I tak wiem jakie meble ma w domu polonistka,  co gotuje na obiad   i  jak ostatnio  tragicznie zdechła jej rybka . ALe CO MNIE TO KURWA OBCHODZI PYTAM SIĘ? Na następny dzień  nie zapyta mnie kurwa czy lubi jeść kartofle, tylko z jakiegoś jebanego tematu.

Jed na wielka niesprawiedliwość w tej szkole i inne gówna…….  nikomu nie zależy na nikim. Totalna dzungla, eliminacja słabszych.  Jesteś uczciwy to kurwa zgniniesz. Niektórzy wiedzą jak kurwa bez wysiłku miec dobre oceny. Ale kogo to obchodzi że ty sie starasz? Liczy się tylko ten pierdolona cyferka, a ty jesteś tylko numerem w dzienniku. Mysli sobie taki jebany profesorek ” ze jest najmadrzejszy i wszystko mu wolno. Albo cię zbeszta, albo powie ci swój fascynujący zyciorys, a ty się kirwa ucz. W domu.

Kategorie: Szkoła12 Komentarzy

Dołącz do fanów!

Wszelkie wpisy w serwisie generowane są przez użytkowników serwisu i jego właściciel nie bierze za nie odpowiedzialności.