Lekcje polskiego w szkołach są niezbędne – to oczywiste. Jednak to, jak są one zrobione w liceach jest absolutną porażką.
Wypracowanie maturalne wygląda w tej chwili w ten sposób, że trzeba zinterpretować podany tekst i na jego podstawie napisać resztę na zadany temat. Niby wszystko ok ALE. Istnieje coś tak popierdolonego jak “model odpowiedzi” lub też “klucz odpowiedzi”. Gdy tylko słyszę któreś z tych wyrażeń to automatycznie zbiera mi się na wymioty. Jeśli zinterpretujesz tekst inaczej niż jest to w modelu odpowiedzi (bo np. masz inne odczucia w kwestiach moralnych czy cokolwiek innego) – zero punktów. I co kurwa? Nie można już mieć własnego zdania? Co to kurwa komuna, że ktoś nam musi mówić jak mamy myśleć? Urabianie ludzi, aby łatwiej było nimi rządzić? Ten sam problem jest ze wszelkimi diagnozami z polskiego. Dalej. “Praca zawierająca mniej niż 250 słów nie jest sprawdzana” (od razu 0 pkt.). To jedna z rzeczy, które zawsze mnie wkurwiały. Czemu praca pana “P”, zawierająca 230 słów i będąca po prostu wyrazem geniuszu ma być oceniona na 0pkt., a praca pana “K”, zawierająca 300 słów i zero sensownego przekazu na, przykładowo, 5pkt.? Ja się pytam gdzie tu jest kurwa logika? Czy te zasady układał jakiś zajarany pojeb? Jak do tej pory nie spotkałem się za to z ŻADNYM dyktandem ortograficznym, a wystarczy przecież zajrzeć na pierwsze lepsze forum w internecie i już wiadomo, że bardzo by się przydało. Oczywiście, może to akurat jest już zależne od nauczyciela, ale chyba przydałoby się, żeby dyktanda były narzucone “z góry”.
Ujmując już całą resztę bardzo ogólnie, nie uważam, że lekcje polskiego są dobrymi lekcjami. Wiele rzeczy można by poprawić, aby człowiek ze szkoły wyszedł z bardziej praktycznymi umiejętnościami. Tak czy siak… dziękuję Ministerstwu Edukacji, że zrobiło z lekcji polskiego takie gówno.











