
Źródło: www.google.com/images
Naprawdę długo się zastanawiałem, czy opisać zaistniałą sytuacją, czy po prostu spasować i starać się to przetrawić, ale cóż… W każdym razie postaram się streszczać, bo gdybym wylał to wszystko, co mi siedzi na baniaku, to powstałaby ósma część przygód Harry’ego Pottera.
Ogólnie jak zakładałem tutaj konto, obiecałem sobie, że nie będę pisał o moich sprawach… hmmm… ‘sercowych’. Taa – ‘sercowych’ to chyba najbliższe sformułowanie pasujące do tej sytuacji. Miałem dotąd parę/-naście zadurzeń, zakochań, miłostek. Z każdą prędzej, czy później zrywałem kontakt (oczywiście jak dupa z tego wyszła, czyli zawsze). Jest jednak pewna dziewczyna, która ‘chodzi mi po głowie’ od blisko czterech lat. Obiecałem, że moje rozterki sercowe zostawię dla siebie, dlatego nie będę pisał co się przez ten okres między nami działo (ostatnio jak próbowałem spisać to wszystko z zakresu zaledwie dwóch lat, wyszło jakieś trzysta stron A5 w wordzie. Powaga.) i skupię się tylko na wydarzeniach minionego okresu.
Jak pewnie ktoś już zauważył, skoro mowa o czterech latach w relacjach chłopak-dziewczyna, którzy do tego nie są i nie byli razem – ‘coś musi być na rzeczy’. Myślałem, że jak wyprowadzi się na swoją uczelnię (dwieście kilometrów od mego rodzimego Wypizdowa Wielkiego), to kontakt się urwie.
Nie urwał się.
Spotykaliśmy się co jakiś czas, rozmawialiśmy i inne bardziej lub mniej niecne rzeczy. Do tego okazało się, że rozstała się ze swoim cudnym Lolo, z którym była większość tych czterech lat, o których wyżej pisałem. Było między nami na tyle dobrze, że w końcu przełamałem się i pomyślałem pewnego grudniowego dnia, że ‘dobra – zaproszę ją na Sylwka‘. Zanim jednak zdążyłem cokolwiek do niej napisać, dostałem od niej wiadomość. Ubiegła mnie o jakieś trzydzieści sekund i sama się spytała, czy nie mam żadnych planów i czy nie mam nic przeciwko, żebyśmy spędzili ten czas razem.
Po dłuższej chwili zastanowienia się, która trwała tyle, co pośpieszne wystukanie ‘Jasne, czemu nie?’ na klawiaturze, zgodziłem się. Oczywiście nie muszę pisać, jaki byłem konkretnie szczęśliwy, że w końcu coś po tych czterech latach może się udać. Jednakże ten okres nauczył mnie jednej rzeczy – Coś ZAWSZE, ale to ZAWSZE, musi się spieprzyć. ZAWSZE! Pozostawało pytanie ile i kiedy.
Nie myliłem się. Tylko skąd miałem wiedzieć, że spieprzy się praktycznie wszystko?
(Strasznie ciężko mi się piszę o osobie bezosobowo, dlatego nazwijmy dziewczynę: Martyna) Martyna miała ciężki okres ostatnimi miesiącami. Trudności na studiach potęgował fakt rozstania się z pięknym Lolem, z którego jeszcze się nie wyleczyła. Koleś nie ułatwiał jej życia nawet, jak byli jeszcze razem – serwowane przez niego jazdy były wystarczające dla większości osób, że rzucić wszystko w cholerę i chwycić za piłę mechaniczną. W każdym razie zaczęło się szukanie imprezy z cyklu ‘na zwał’. Jako, że był grudzień, możliwości były strasznie ograniczone. Martyna poprosiła mnie o jedno, abym starał się nie szukać imprez, gdzie się przez całą noc siedzi i chleje, bo chciałaby się w końcu odstresować, wytańczyć i tego typu sprawy. I tu pojawił się problem. Gdyby to zależało ode mnie i gdybym szedł sam na Sylwestra, miałbym to oczywiście gdzieś i poszedłbym na banię do akademika. Ale skoro ona mnie poprosiła o coś takiego, wiadome było, że tak nie zrobię. Miałem parę możliwości:
Możliwość no. 1
Lokalizacja: Akademik.
Z bliższych znajomych, moglibyśmy iść do… czterech, może pięciu moich ludzi. Oczywiście szału z wielkością pokoi nie ma, ale zawsze pozostaje korytarz, kooperacja z rzeszą innych studentów, którzy na pewno nie siedzieliby cały czas w swoich pokojach, nieograniczone możliwości jeżeli chodzi o robienie lipy i tym podobne. Opcja ta odpadła, z racji bardzo nielicznych miejsc do spania.
Możliwość no. 2
Lokalizacja: Elbląg.
Jednym z moich bliższych kumpli z kierunku jest gostek, który mieszka w Elblągu. Z jego opowiadań już jasno wynikało, że w jego mieścinie szału nie ma jeżeli chodzi o imprezy, bo bardziej można je podpiąć pod coś takiego, jak ‘impreza pod remizą’. Nie zraziłem się jednak tym, gdyż wiedziałem, że Martynie i taka opcja może się spodobać – jest tańczenie, można uderzyć w kielicha, można zrobić cokolwiek. Dlatego też to była pierwsza z możliwości, którą brałem serio pod uwagę i pierwsza, na której konkretnie mi zależało i pokładałem w niej wielkie nadzieje. Już od paru miesięcy z gościem gadałem: Słuchaj stary. Jak co, to robimy sylwka razem. On zapierał się, że toż to oczywiste, więc zacząłem z nim wszystko rozkminiać. Okazało się jednak, że to nie on organizuje tą imprezę, tylko (uwaga) znajomy kolegi jego dziewczyny (dla jełopów – dziewczyna mojego kumpla miała kolegę, którego znajomy robił imprezę), a jako, że rok temu to mój kumpel wybierał sobie spent , tegoroczny sylwek leżał w rękach jego dziewczyny. Miałem z nią dość dobre relacje, więc zacząłem z nią gadać, by postarała się wkręcić dwie osoby więcej. Powiedziała, że się postara. I co? I lipa. Dwa tygodnie oczekiwania, nerwów, nakłaniania, rozmów, planowania, poszły do lamusa.
Możliwość no. 3
Lokalizacja: Wypizdowo Wielkie | Mój dom.
Babcia na pokładzie – coś trzeba jeszcze pisać?
Możliwość no. 4
Lokalizacja: Domki nad jeziorem.
Kiedy Martyna oznajmiła, że chciałaby spędzić tego Sylwestra ze mną, od razu napisała, że próbowała załatwić wraz z jej przyjaciółką z liceum i zarazem moją dobrą koleżanką, Kasią (powiedzmy…) domki w miejscowościach pod Wypizdowem. Idea była prosta jak schemat orania pola – wynajmujemy na noc lub dwie domek, wbijamy ekipą w dziesięć do dwudziestu osób i rozkręcamy chatę. Kasia była już bardzo zaangażowana w poszukiwania wolnych czterech kątów, jednakże jej entuzjazm lekko przygasł, gdy okazało się, że za sylwestrową noc trzeba zabulić około półtora kafla nowych, polskich złotych. Bez opłat. Cóż – jak zwykle obudziliśmy się za późno z ręką w nocniku.
Możliwość no. 5
Lokalizacja: Dom mojego kumpla ze studiów.
Gdy już zacząłem wyglądać i zachowywać się jak kłębek nerwów, z pomocą przyszedł mi mój bardzo dobry znajomy ze studiów. Jarek. Gdy podczas naszej rozmowy wyszło na jaw, że zostałem w koziej dupie powiedział, że być może on załatwi pusty dom na Sylwka. Ucieszyłem się jak kot wpieprzający Whiskas. Jeszcze nic stracone, jeszcze jest nadzieja! O tym pomyśle Jarek powiedział mi przed świętami. W przeddzień świąt napisał mi, że jednak lipa, takiego wała dostaniemy, nie wolny dom. Po odprawieniu epickiego facepalma i powstrzymaniu się od przeogromnej pokusy rzucenia komórką o ścianę pomyślałem sobie: No trudno… Mam jeszcze tydzień. I gdy już zacząłem po świętach znowu kombinować, Jarek napisał, że jednak starszyzna wybija na disco-rusco w ich wiosce i chatę mamy dla siebie. Tej opcji trzymałem się już do końca.
Jednakże problemy się w tym momencie nie skończyły. Gdy miałem już zapewnioną imprezę, czem prędzej chciałem się z nią podzielić z Martyną, więc nie tracąc czasu wbiłem na kompa i wysłałem jej wiadomość, że: Jednak Jarek dostał wolną chatę, więc sylwka mamy już zapewnionego. Napisałem to w momencie, gdy wiedziałem, że Martyna jest na swoim kompie. Jednakże..? Zero odpowiedzi. Był to drugi dzień świąt. Po kolejnym dobijaniu się do niej przez komunikator, nadal nie było odzewu. Całkowicie zdezorientowany, wysłałem do niej wieczorem SMSa o tej samej treści. Raport doszedł, więc również zdziwiłem się, że nie otrzymałem żadnej odpowiedzi. Byłem u niej w dwa dni przed wigilią w jej rodzimej wiosce (paręnaście kilometrów od Wypizdowa Wielkiego), gdzie miała spędzać święta by dać jej prezent i wszystko było dobrze. Ba! Było ponad przeciętną! Rozmawialiśmy o sylwestrze, o tym co, gdzie i jak. To czemu, do cholery, nie odpisywała teraz na wiadomości?
Nagle naszła mnie okropna myśl: Może się rozmyśliła? No cóż… Już raz miałem z nią taką sytuację w liceum, kiedy powiedziała, że chce, bym był jej partnerem na balu, po czym następnego dnia wzięła mnie na stronę i powiedziała, że: Albo pójdzie z pięknym Lolo, albo nie chce iść z nikim. Świadomość tamtej sytuacji była niczym kat stojący nad Tobą w dniu egzekucji, mówiąc: “Mhuahua – zaraz jebnę Ci z toporka! Jebnę Ci z toporka!” Jednakże coś mi nie grało – wtedy po prostu przyznała się, że nie chce iść ze mną i nie trzymała mnie w stanie błogiej nieświadomości, a teraz..? Nic! Żadnego ściemniania, że wszystko jest OK, żadnego wykręcania się, żadnego słowa. Zacząłem grzebać w pamięci, czy ostatnio przypadkiem czymś ją obraziłem, ale ze szczerym sumieniem mogłem powiedzieć, że nic takiego nie zrobiłem. Cóż – w międzyczasie, dwa dni po zakończeniu świąt, dostałem zakończenie na zebranie paru osób z liceum i jednej z koleżanek. Pomyślałem sobie, że skoro nie chce mi odpisywać, to zadzwonię do niej. A jak nie odbierze, to ruszam tyłek do jej wioski. Zanim zdążyłem chwycić za telefon, dostałem wiadomość. Od niej. Coś w stylu: “Nie wiem, czy masz mnie w dupie, czy się obraziłeś, że nie odpisujesz, ale nie bawi mnie to.” Od słowa zadzwoniłem, podczas licealnego spotkania. Sygnał, sygnał… i dupa. Sygnał zajętości. Operacja powtórzona parokrotnie, wszystkie zakończone porażką. Nagle dostaje kolejnego SMSa – “Nie dzwoń do mnie, bo mam rozwalony głośnik w telefonie.”
Nagle zapaliła się pewna żarówka. Era, z której oboje mamy numery, już pewnego czasu szwankowała. Obiło mi się też o uszy, że miała jakąś awarię wewnętrzną. Problem wysyłania SMSów, a dokładnie braku odpowiedzi z którejkolwiek ze stron był rozwiązany. Pozostał komputer. Przypomniało mi się jak mówiła przed świętami, że chciała popisać z moim bratem, jednakże on nic nie odpisywał. Wystarczyło to zbić do kupy i już wychodziło, że ma coś popieprzone z internetem. Taką wpoiłem sobie wymówkę. Zacząłem do niej pisać ze wszystkich możliwych numerów, brałem komórki od każdej osoby, która na spotkaniu licealnym była, żeby się jakoś dogadać. W końcu nie wytrzymałem i napisałem, że jadę do niej do domu, by wszystko uzgodnić w cztery oczy, bo inaczej się nie dogadamy.
“Ale ja jestem w Gliwicach u okulisty. Pisałam Ci o tym dwa dni temu.”
Tak przy okazji – Gliwice są około pięciuset kilometrów od Wypizdowa. Nie pytajcie mnie, czemu optyk w Gliwicach, a nie w jakimkolwiek innym miejscu na świecie wliczając to, że wypizdowscy okuliści są uważani za najlepszych na pomorzu. Na stwierdzenie, żeby wzięła od kogoś telefon, bym mógł nań zadzwonić odparła, że siedzi w pociągu i nie ma takiej możliwości.
Przed Sylwestrem miało miejsce jeszcze jedno wydarzenie – moja impreza urodzinowa, której start był wyceniony na trzy dni przed sylwkiem. Siedzę przed kompem, z zamiarem ogarnięcia się przed banią. Nagle wiadomość od Martyny. Zdziwiony, że nagle wszystko gra i buczy, wiadomości przychodzą i jest ogólnie świetnie czytam, co następuje. A napisała mi, że spaliło jej się mieszkanie w mieście, gdzie studiuje. Wraca do metropolii następnego dnia, jak ogarnie okulistę, po czym będzie sprawdzała nowe oferty mieszkań. Oczywiście bardzo mnie przeprasza, ale z sylwestra nici. Zaczynam ją pytać, dociekać, efektem czego mówi, że jeżeli zdąży ze wszystkim, to przyjedzie samochodem do Wypizdowa. Miała wrócić albo w Sylwestra wieczorem, albo w Nowy Rok rano. Powiedziałem, że dla mnie oczywiście to żaden problem pojechać te dwieście kilometrów do niej, gdyż ostatnim moim priorytetem na stary rok było spędzić Sylwestra z nią. Skończyło się na tym, że się postara.
Po średnio udanej imprezie, przez jednego złamasa, nadszedł ostatni dzień grudnia. Stwierdziłem, że jeżeli są problemy w przekazywaniu wiadomości, to kupię sobie starter do Orange za piątaka, żeby było łatwiej się dogadać. Piszę do niej, żeby powiedziała mi na czym stoi. Brak odpowiedzi. Patrzę na zegar – dochodzi trzynasta. Powoli powinienem zacząć się ogarniać, a tu nie wiem z kim i dokąd. Po dwóch godzinach tknęło mnie i ponownie przełożyłem kartę na Erę. Nowa wiadomość. Oczywiście to, co coraz bardziej się spodziewałem, czyli na pewno nie da rady. Na pytanie, czy nie widzi innych możliwości odpowiedziała krótko: “Nie.” Nic z tej sytuacji nie rozumiałem. Przez całe święta (z ogonkiem) nie było do niej żadnego kontaktu, bo ponoć i sieć i net dawał dupy. A tu nagle jak przychodzi co do czego obie z tych rzeczy działają..! Piszę jej, że nic, totalnie nic z tego nie ogarniam, że przecież gdyby tylko napisała, to bym wskoczył do samochodu i od razu pojechał do niej i żeby łaskawie mi to wytłumaczyła. Szczerze.
Zero odpowiedzi.
Nagle wszystko, co we mnie siedziało przez ostatni miesiąc – ten cały stres, latanie, ogarnianie, wystawianie przez kolejne osoby – wszystko zamieniło się w potężnego wkurwa. Wszystko, co powiedziała mi w ostatnim tygodniu zaczęło podchodzić pod jedno wielkie, kosmate słowo: KŁAMSTWO. Nic nie odpisała. Dosłownie nic. Nie muszę chyba mówić, jaką w takim razie miałem imprezę, co nie? Wszyscy wesoło chleją (nawet pić nie mogłem – przybycie samochodem robi swoje…), tańczą, podrywają, a ja nie mogłem spokojnie wyjść na dwór się dotlenić, bo wszystkie kołowrotki w głowie chodziły na pełnych obrotach rozkminiając, co, jak, po co i przede wszystkim: Dlaczego?! Żadnej wiadomości wytłumaczenia, żadnych życzeń, żadnego “pocałuj mnie w dupę”. Nic.
Impreza skończyła się o szóstej rano. Wróciłem do domu wieczorem, ogarnąłem się i odpaliłem kompa. Z zestawu obowiązkowych stron, które przeglądam po odpaleniu przeglądarki wybrałem (mea culpa) facebooka. I rozdziawiłem japę. W zdjęciach dodanych przez moich znajomych z sylwka (a jakże…), jeden zestaw przykuł moją uwagę. Zdjęcia wrzucone przez Kasię (możliwość no. 4 dla przypomnienia), na których to wśród świetnie bawiących się osób jest Kasia, jej chłopak i (a jakże) Martyna. Słyszałem, że Kasia robi domówkę dla znajomych, jednakże najbardziej porażające w tym było to, że Kasia mieszka w Wypizdowie!
Być może sam się mylę – może serio wszystko co powiedziała było prawdą, rzeczywiście był jakiś konflikt między naszymi komunikatorami i awaria wewnątrz sieci, ale zarówno jak, jak i ona nie wierzymy w przypadki. W tym momencie działa to na jej niekorzyść. Nie napisałem tego opowiadania, aby komuś zrobić pod górkę (najprawdopodobniej w końcu Martyna trafi na ten tekst), komuś ubliżyć, oczekiwać pocieszenia od osób postronnych, dostawać rady na wyżej opisany temat/porad co z tym ambarasem zrobić, by się dowartościować. Nic z tych rzeczy. Chciałem tylko, żeby przez napisanie tego choć trochę z tego ze mnie zeszło.
I wiecie co..?
Nic nie pomogło.










